Wycieczka FKK do Chorwacji - część 2

06 Luty 2012 Czas podróży: z 01 Lipiec 2011 na 19 Lipiec 2011
Reputacja: +18.5
Dodaj jako przyjaciela
Napisać list

Cią g dalszy przeglą du http://blogs.turpravda.com/Gobul/64748.html DROGA DO DOMU. Pró ba numer 1. Kilometry drogi biegł y pod koł ami, auto jechał o radoś nie gó rskimi drogami, któ re jeszcze nie zdą ż ył y się nagrzać od sł oń ca. Nastró j był znakomity, choć trochę smutno był o opuszczać cudowny kraj, jakim jest Chorwacja. Minę liś my już fiord Lim. Naszym celem jest stolica Chorwacji, miasto Zagrzeb, a dalej - granica wę gierska. Oto przedmieś cia Zagrzebia po lewej stronie. Obrzeż a wszystkich miast są podobne – miejsca do spania, typowe panelowe wież owce. Sł oń ce wschodził o coraz wyż ej. Gó rskie drogi, tunele, zielone ł ą ki i zbocza poroś nię te gę stym lasem. Oto granica wę gierska. Kró tkie oczekiwanie przed szlabanem - przed nami kilka samochodó w. Oto nasza kolej – to pozostaje czysta formalnoś ć . Straż graniczna zabiera nam paszporty. Studiuje przez dł ugi czas, patrzy zdziwiony paszportem Swietł any...i zwraca go...bariera pozostaje zamknię ta. Straż nicy graniczni wychodzą z budki, pró bują nam coś wyjaś nić po wę giersku, potem przeł ą czają się na ł amany angielski. I tu rozumiemy, ż e droga na Wę gry jest zamknię ta, przynajmniej dla jednego z nas: dwukrotna wiza Schengen w paszporcie Svety się wyczerpał a - wjazd na Wę gry z Ukrainy (raz) i wjazd do Wł och (Wenecja) z Chorwacji ( dwa). Mó j paszport jest w porzą dku - mam wielokrotną wizę na nieograniczoną liczbę przyjazdó w i mogę kontynuować podró ż , ale Sveta musi tu zostać . A co mamy teraz zrobić ? – Jedź do Zagrzebia po wizę na Wę gry – odpowiedział a straż graniczna. - Ale to niemoż liwe: dziś jest niedziela i bę dziemy musieli siedzieć w Zagrzebiu do poniedział ku! Gdzie spę dzimy noc? pró bowaliś my się kł ó cić . - A my jesteś my NIIPETS! – takie był o ogó lne znaczenie odpowiedzi. Zabrano nas na bok i kazano czekać na decyzję . Po pó ł torej godziny oczekiwania dostaliś my dokument stwierdzają cy, ż e takiemu a takiemu obywatelowi ODMOWA wjazdu na Wę gry. Dokument został napisany w ję zyku angielskim, wę gierskim i rosyjskim. Svetlana został a zmuszona do podpisania wszystkich kopii, po czym skierowano nas do Zagrzebia. ZAGRZEB TO STOLICA CHORWACJI. Rozdział.1. Zagrzeb i okolice. Po wejś ciu do miasta natychmiast pró bowaliś my skontaktować się z ambasadą rosyjską . Szczerze mó wią c od samego począ tku nie wierzył em, ż e pracownicy naszej ambasady bę dą chcieli nam udzielić jakiejkolwiek pomocy, wię c od razu zaproponował em, ż e udam się na lotnisko, aby dowiedzieć się , czy moż na kupić jeden bilet lotniczy do Moskwy. Niemniej jednak postanowiliś my wypró bować ró ż ne opcje. Aby dzwonić w sieci lokalnej, musiał em kupić najtań szą kartę SIM od lokalnego operatora telefonii komó rkowej, a ż eby poruszać się po nieznanym obszarze, musiał em kupić mapę miasta. Bez problemu udał o nam się znaleź ć numer telefonu do rosyjskiej ambasady: uprzejmie pomó gł sprzedawca sklepu, w któ rym to wszystko kupiliś my. Mł ody chł opak mó wił bardzo dobrze po angielsku i był bardzo mił y i rozmowny: był o jasne, ż e moż liwoś ć porozmawiania z turystami i przynajmniej coś do pomocy sprawia mu przyjemnoś ć . Jednak telefon do ambasady nic nam nie dał : po wysł uchaniu naszej historii mę ż czyzna odpowiedział , ż e faktycznie takie historie zdarzał y się już naszym turystom, ale teraz nie moż e nam w niczym pomó c, bo to jest dzień wolny, przyjdź jutro, umó w się , tam moż e coś zaproponują . Pojechaliś my na lotnisko - zanim go znaleź liś my, był a okoł o sió dmej wieczorem, a kasy już nie dział ał y (a to, czego chcesz, to nie dla ciebie Szeremietiewo). Rozwią zanie wszystkich spraw trzeba był o odł oż yć na jutro, a teraz trzeba był o poszukać miejsca do spania. Przybywają c do hotelu w pobliż u lotniska, byliś my niemile zaskoczeni ceną wydania - 100 EURO za pokó j za dobę . Pró bowaliś my znaleź ć jakieś dzikie miejsce nad rzeką lub jeziorem na rozbicie namiotu. Znowu wpadka: wokó ł są osady, pola, ogró dki warzywne, sady i inne grunty rolne - każ dy kawał ek ziemi jest wł asnoś cią prywatną . Sklepy są zamknię te - nie ma też gdzie kupić czegoś do jedzenia. Krą ż yli po okolicy przez dł ugi czas, aż cał kowicie popadli w rozpacz. Na koniec zapytaliś my miejscowego mieszkań ca – gdzie znajdę hotel? Chę tnie zgł osił się na ochotnika do towarzyszenia nam. Aborygen wsiadł do samochodu i pojechaliś my za nim. . Krę ciliś my się po ulicach przez dł ugi czas, aż w koń cu dotarliś my do mał ego prywatnego dwupię trowego hotelu. Podzię kował em lokalnemu przyjacielowi, dają c mu trochę pienię dzy. Hotel okazał się bardzo przyjemny i stosunkowo niedrogi - za przyzwoity pokó j dwuosobowy poproszono nas o 50 EURO. Wł aś cicielami hotelu jest rodzina: mał ż eń stwo w wieku emerytalnym i ich synowie - dwó ch chł opó w - bracia bliź niacy jak w bajce "Dwa z klatki piersiowej, to samo z twarzy" - wysocy, silni, okrą gli, olbrzymi i grubasy w okularach po 30 lat. Jeden z nich chł op doś ć dobrze mó wił po angielsku, drugi po niemiecku, wię c nietrudno był o zapytać , znaleź ć potrzebne informacje i zgodzić się na wszystko. Po wszystkich przygodach dnia, kiedy w koń cu weszliś my do pokoju hotelowego, nie chcieliś my niczego - wystarczy wzią ć prysznic i poł oż yć się do ł ó ż ka. Wstają c rano i schodzą c na pierwsze pię tro, zobaczyliś my jednego z braci goszczą cych. Gdy nas zobaczył , zerwał się z krzesł a i powiedział „Guten morgen! ”. Tak, zrozumieliś my - to ten, któ ry mó wi po niemiecku, co oznacza, ż e ​ ​ bę dę się z nim komunikować . Nastę pnie wyró ż niliś my ich w ten sposó b i nazwaliś my się „Niemcem” i „Anglikiem”. Mał y czł owieczek pobiegł , niespokojny: „Czego chcesz? Ugotować ś niadanie? Proszę usią ś ć przy stole, teraz wszystko zrobię . Pobiegł do kuchni, potrzą sną ł naczyniami i po kilku minutach mieliś my na stole jajecznicę , kawę , buł ki i inne smakoł yki (wszystko to był o wliczone w cenę pokoju). Po skoń czonym ś niadaniu zaczę liś my szykować się na lotnisko. Jak dojechać na lotnisko, gdzie tego szukać ? Wczoraj bł ą kaliś my się po okolicy tak dł ugo, ż e wydaje nam się , ż e jesteś my cał kowicie zagubieni w tym kraju. Wsiadają c do samochodu, rozł oż ył em mapę , ż eby się zorientować , po czym spojrzał em w gó rę … Wież a kontroli lotó w był a tuż przede mną – okoł o 50 metró w od naszego hotelu. Kto by pomyś lał , ż e opuś ciwszy lotnisko, po wszystkich naszych wę dró wkach, wró cimy tu ponownie? Kilka minut pó ź niej siedzieliś my w biurze lotniskowym rosyjskiego Aeroflotu i rozmawialiś my z lokalnym przedstawicielem firmy (mił ym Chorwatem, któ ry bardzo dobrze mó wi po rosyjsku). Okazał o się , ż e loty do Moskwy odlatują regularnie - codziennie o 14.00, bilety zawsze dostę pne i niezbyt drogie (ok. 200 EUR). Chciał em natychmiast odesł ać Swietł anę do domu, na dzisiejszy lot, ale nadal chciał a spró bować ponownie porozmawiać z przedstawicielami rosyjskiej ambasady, iś ć do nich - być moż e mogą zaoferować wygodniejszą opcję . Bilet na jutro jest jeszcze zarezerwowany - na wszelki wypadek. Przedstawiciel Aeroflotu wyjaś nił , ż e jeś li już jedziemy do centrum Zagrzebia, moż emy tam wykupić zarezerwowany bilet: centrala Aeroflotu znajduje się niedaleko ambasady rosyjskiej. Rozdział.2 Tuż z lotniska ponownie zadzwoniliś my do ambasady rosyjskiej, ponownie opowiedzieliś my naszą historię i poprosiliś my o radę , co robić . Szczegó lnie dł ugo nie rozmawiali z nami przez telefon, mó wią c, ż e skoro dzisiaj jest dzień przyję cia, przyjdź , tam się wymyś limy. Wracają c do hotelu, od razu zaczę liś my zbierać się w Zagrzebiu. Zapytał em „niemieckiego brata”, jak dojechać do centrum miasta. Facet wszystko bardzo szczegó ł owo wyjaś nił i pokazał na mapie. Poradził mi, abym tam dotarł nie samochodem, ale komunikacją miejską dla „Zagrzeb - ser grosse stadt und der weg ser compliment”. Nie kł ó cił em się : dobrze, stary, jeś li nie widział eś Moskwy, niech Zagrzeb bę dzie dla ciebie „bardzo duż ym miastem”. Ma jednak rację , ż e ś cież ka jest bardzo trudna: lepiej pojechać autobusem w nieznanym mieś cie. Autobus szybko zabrał nas z lotniska na gł ó wny dworzec autobusowy, a potem jechaliś my tramwajem. Tutaj chciał bym trochę opowiedzieć o systemie transportu publicznego w Zagrzebiu. Bilet na komunikację miejską kupujemy tak samo jak u nas – w kioskach. Bilet jest waż ny przez pó ł torej godziny. Oznacza to, ż e przez pó ł torej godziny moż esz jeź dzić jednym autobusem lub przesiadać się z jednego rodzaju transportu lą dowego na inny (autobus-trolejbus-tramwaj) tyle razy, ile chcesz. W zasadzie pó ł torej godziny wystarczy na przejechanie cał ego miasta od koń ca do koń ca. A po tym czasie bę dziesz musiał kupić nowy bilet. W tramwaju zgodnie z oczekiwaniami zaczę li wypytywać pasaż eró w o to, czy jedziemy prawidł owo, ile przystankó w mamy jeszcze do przejechania itp. To był o niesamowite – wszyscy pasaż erowie zwracali uwagę : nikt się nie odwracał i wszyscy starali się dać radę . W koń cu jakaś zakonnica (wł aś ciwie był a w zakonnym stroju) powiedział a, ż e ​ ​ mieszka niedaleko ulicy, któ rej potrzebujemy i ż e nas przeprowadzi. Po drodze opowiedział a nam o mieś cie, o niektó rych swoich akcjach charytatywnych i tak dalej, kró tko mó wią c, zabawiał a nas najlepiej, jak potrafił a. Coś Svetlana zaczę ł a pytać ją o system opł at za przejazd, na co odpowiedział a „karta vret! ”. Oto ż art, któ ry nazywa się „trudnoś ciami w tł umaczeniu”. Co oznacza wyraż enie „card vret”? Myś leliś my, ż e tak niepochlebnie podchodzi do mapy miasta, któ ra jest w naszych rę kach (tak, „tits-masiski” i „jebane kieł baski”). Nie mogł em zrozumieć - dlaczego "mapa kł amie"? Wszystko wydaje się pasować - idziemy tak, jak pokazano na mapie. Pó ź niej zorientowaliś my się , ż e nie chodził o o mapę geograficzną - bilet tramwajowy nazywa się mapą . Mapa geograficzna w ję zyku chorwackim to „mapa” – podobnie jak angielska „mapa”, a sł owo „vret” w rzeczywistoś ci oznacza „z rzę du”, czyli jakby wszystko był o w porzą dku, wszystko jest w porzą dku. Czyli wyraż enie „karta w kolorze czerwonym” oznaczał o, ż e nasz bilet tramwajowy był jeszcze przez jakiś czas waż ny. No to tyle, dotarliś my do rosyjskiej ambasady na rozmowy. Ponieważ ulica jest bardzo dł uga i krę ta, jest na niej duż o domó w, to nasza przewodnik tutaj sama nie był a zbyt dobrze zorientowana, ale ż yczliwi mieszkań cy miasta, któ rych spotkaliś my po drodze, chę tnie nam pokazali dobry kierunek. Po dotarciu do bram ambasady dł ugo dzię kowaliś my naszej przewodniczce i ż arliwie odpowiedział a na wszystkie podzię kowania: „Och, to nie zależ y ode mnie, to jest Chwał a Bogu”. Mamy najprzyjemniejsze wraż enie - cudowne miasto, sympatyczni ludzie. *** Pierwsze, co usł yszeliś my, gdy zadzwoniliś my do ambasady naszej Ojczyzny, to: - Nnn… co do diabł a? ! - Przyjechaliś my do ciebie. - Wię c co? Kim jesteś my? - Tutaj dzwoniliś my, rozmawialiś my z tobą (ponownie opowiedzieliś my naszą historię ). Powiedział eś , ż eby przyjś ć . - Có ż , czego potrzebujesz? Ale wcią ż jesteś my w obcym mieś cie w obcym kraju. Wydaje nam się , ż e w Ojczyź nie nie tak powinni przyjmować swoich obywateli. Zwł aszcza, ż e ​ ​ zaczyna padać . Moż e nadal moż esz nas wpuś cić do ś rodka? Na zewną trz zaczę ł o mocno padać . - No dobra. . . Wejdź...Weszliś my do ambasady. W holu był stó ł i kilka krzeseł . . Pracownicy ambasady siedzieli w „akwarium” odgrodzonym od zwiedzają cych, a cał a rozmowa przeszł a przez szybę . Był o trzech robotnikó w - dwie ciotki, któ re przez cał y czas naszego pobytu nawet nie raczył y na nas spojrzeć , i mę ż czyzna, któ ry patrzył na nas z wyrazem twarzy: „kiedy stą d odejdziesz, dlaczego wy dranie przeszkadzanie w pracy? ”. Zaczę liś my od nowa, po raz kolejny, opowiadają c nam o naszych przygodach. Po wysł uchaniu naszej historii ze znudzonym spojrzeniem, pracownik zapytał : - Có ż , czego ode mnie chcesz? - Pomó ż nam. - W jaki sposó b? - No, przynajmniej powiedz mi - jak teraz mamy być ? - Có ż...Przejedź przez Rumunię . - Czy to wszystko? Tak, czego jeszcze chcesz? Kró tko mó wią c - nie ma sensu powtarzać wszystkiego tutaj: rozmowa przebiegał a w stylu „to, czego potrzebujesz - nie widzisz: jestem zaję ty! ”. Powiem tylko, co udał o nam się w rezultacie dowiedzieć : 1 - nasz przypadek nie jest pierwszy: nasi turyś ci od czasu do czasu wpadają w takie historie; 2 - aby ubiegać się o nową wizę , musimy skontaktować się z ambasadą wę gierską ; 3 - na wizę trzeba bę dzie jednak poczekać co najmniej tydzień i nie ma gwarancji, ż e nadal zostanie wydana; 4 - nie, ambasada rosyjska nie moż e udzielić pomocy w tej sprawie; 5 – moż emy jednak wyjechać przez Rumunię – wiza Schengen nie jest potrzebna; 6 - jednak drogi w Rumunii są bardzo zł e i bę dzie bardzo cię ż ko i bardzo dł ugo jeź dzić ; 7 - na szczę ś cie w naszym przypadku jest inne wyjś cie - jedna osoba moż e lecieć samolotem, a ta, któ ra ma multiwizę i prawo do posiadania samochodu, pojedzie zgodnie z planem - przez Wę gry. Co wię cej, punkty 6 i 7 to informacje, któ re otrzymaliś my nie od tego skurwysyny z ambasady (przepraszam - nie ma tu przyzwoitych sł ó w), ale od goś cia, któ ry akurat był w ambasadzie (takż e przy okazji Chorwat). W zwią zku z tym mam kilka pytań do pracownikó w korpusu dyplomatycznego (jeś li czytają ten tekst): - dlaczego otrzymaliś my wię cej informacji i pomocy od obcych, dla któ rych nie jesteś my nikim, niż od tych, któ rzy są zobowią zani pomó c nam na sł uż bie? Tylko nie mó wcie mi, dranie, ż e „nic wam nie jestem winien” – jesteś cie to winni, bo wspieramy was z naszych podatkó w. - jak moż esz być patriotą , jeś li przyjeż dż ają c do swojej ojczyzny (a ambasada to kawał ek twojej ojczyzny w obcym kraju), przede wszystkim sł yszysz „Nnn… co do diabł a? ! ”? - nie mó gł byś po prostu posł uchać nas przez telefon i dać radę ? Co wię cej, jak się okazał o, nasza sprawa jest daleka od pierwszej. Dlaczego dla kró tkiej rozmowy przez szybę musieliś my jechać do centrum miasta, marnować czas i pienią dze? - Czy to moż liwe, ż e nasz najbardziej zł odziejski uniwersytet, MGIMO, wychował pokolenie bę kartó w, któ rzy uważ ają się za „wyż szą klasę ”, a cał ą resztę niegodne bydł o? Kró tko mó wią c, po komunikacji z tymi „pracownikami” pozostał bardzo nieprzyjemny posmak. Zawsze zakł adał em, ż e w MSZ pracują nie najmilsi i sympatyczni ludzie (mó wił em to bardzo delikatnie), sł yszał em ró ż ne historie od innych ludzi, ale nigdy nie są dził em, ż e wszystko jest naprawdę takie zł e. Turyś ci obywatele, jeś li znajdziesz się w problematycznych sytuacjach za granicą , nigdy nie zwracaj się do tych maniakó w - nie otrzymasz od nich ż adnej pomocy, a jedynie zmarnujesz nerwy i czas. Kró tko mó wią c, poszliś my do centrali Aeroflotu, kupiliś my zarezerwowany bilet i pojechaliś my zobaczyć zabytki Zagrzebia. Samo miasto nam się podobał o - bardzo przyjemne. Cał e centrum zachował o się jak na przeł omie XIX i XX wieku: pię kne budynki, koś cioł y katolickie, zielone parki z fontannami i pomnikami. Nie ma zamieszania ani poś piechu. Wę drowaliś my, robiliś my zdję cia, poszliś my do lokalnej knajpy (ł adnej, smacznej i niedrogiej). Zabrakł o jednak sił na dł ugie spacery – najwyraź niej napię cie nerwowe ostatniego dnia zadział ał o. Okoł o 17:00 wró ciliś my do hotelu i zapł aciliś my za kolejny dzień . Ostatni wieczó r spę dziliś my na bezczynnoś ci - kupił em w sklepie spoż ywczym naprzeciwko hotelu piwo, trochę chipsó w, soki owocowe i oddaliś my się obż arstwo. DROGA DO DOMU. Pró ba numer 2 (udana). Rano nie spieszył o nam się specjalnie - przed dł ugą podró ż ą musieliś my się wyspać . Zjedliś my ś niadanie z tym, co przygotował dla nas wł aś ciciel (dziś „brat Anglik” był na sł uż bie). Udał o nam się nawet oddać do sklepu butelki po piwie (tak, jest tam recepcja ze szklanym pojemnikiem). Pieszo towarzyszył em Swietł anie na lotnisku i wysł ał em ją na lą dowisko. Nie zabrał a ze sobą ż adnych rzeczy - tylko dokumenty i pienią dze, wszystko inne został o w moim samochodzie. Poż egnaliś my się i wró cił em do hotelu. Tam zapytał wł aś cicieli o drogę , jeszcze raz serdecznie podzię kował za goś cinę i wyruszył . Droga do granicy wę gierskiej był a mi już znajoma (oczywiś cie - przez ostatnie dwa dni udał o mi się nią jeź dzić tam iz powrotem), wię c szybko dotarł em do granicy. Ró wnie szybko przeszedł kontrolę graniczną , a po przebyciu pię ciuset metró w przez ziemię wę gierską ponownie zadzwonił do ambasady rosyjskiej i powiedział tym draniom wszystko, co o nich myś lę . Wiem, ż e nie jest to zbyt odważ ny czyn, ale bardzo chciał em „odpalić ”. Potem chciał em wyrzucić chorwacką kartę SIM w drogę , a potem zmiaż dż yć ją koł em (to takie pię kne – jak w filmie). Jednak po namyś le stwierdził em, ż e nie warto – ale co, jeś li kiedyś się przyda. Wł oż ył em go do "schoweka" - i nadal tam leż y. Na najbliż szej wę gierskiej stacji benzynowej zatankował em do peł na, kupił em mapę drogową do jazdy po autostradzie oraz mapę miasta Budapesztu (aby się w tym ponownie nie zgubić ). Za wszystko pł acił em kartą bankową , ż eby nie zawracać sobie gł owy wymianą walut. Dalej poszł o bez incydentó w. Znowu nikt nie sprawdził mapy drogowej. Mapa Budapesztu nie przydał a się – od strony zachodniej bardzo skutecznie wjechał em na obwodnicę , oznaczoną znakiem „UA”, czyli „Ukraina”. Peł ny bak wystarczył na przejechanie cał ych Wę gier od koń ca do koń ca, dopiero na ostatnich kilometrach dolał em do baku 5 litró w - na wszelki wypadek i do granicy dotarł em już po zachodzie sł oń ca. Procedura przekroczenia granicy przebiegł a doś ć szybko - za okoł o pó ł godziny jechał em już po ukraiń skiej ziemi. Doś ć szybko trafił em na hotel - bardzo przyjemny hotel-restauracja-bar-pensjonat, zaprojektowany w formie amerykań skiego rancza, przy drodze. Rano po ś niadaniu (ś niadanie był o wliczone w cenę pokoju) ruszyliś my dalej w kierunku Kijowa. Cał y nastę pny dzień zaję ł a droga od granicy Ukrainy do jej stolicy. Po drodze nigdzie się nie zabł ą kał em i nawet nie spojrzał em na mapę - droga jest bardzo pouczają ca - na każ dym rozwidleniu i zakrę cie są drogowskazy do Kijowa, wię c potem wszystko poszł o zgodnie z zaplanowanym harmonogramem. W samym Kijowie znowu musiał em trochę przejechać ulicami i placami - z jakiegoś powodu nie wjechał em na obwodnicę , wię c musiał em przejechać przez centrum miasta. Jednak nawet tutaj poradził sobie bez ż adnych map i podpowiedzi: skoro sł oń ce już zachodził o (czyli na zachó d), kierował się nim, starają c się utrzymać kierunek na pó ł nocny wschó d. Pojechał em wię c na autostradę Kijó w-Czernigow-Homel, na któ rej okoł o 10 km od Kijowa znalazł em inny hotel na nocleg. Hotel jest bardzo wesoł y: jak rozumiem, to wł aś ciwie nie jest hotel, ale burdel? . Gospodyni pytał a mnie pię ć lub sześ ć razy: „Czy jesteś DOKŁ ADNIE tylko nocleg? ” i wydaje się , ż e był a bardzo zawiedziona, ż e ​ ​ tak naprawdę nie potrzebował em niczego poza noclegiem. Myś lę , ż e gdybym przyjechał a tam w sobotę lub pią tek wieczorem, nie znalazł bym wolnego pokoju (bez usł ug erotycznych): albo musiał bym wzią ć „pokó j z mł odą damą ”, albo poszukać innego hotelu. Tak czy inaczej. Nastę pnego ranka kolejne kilometry przebiegł y ż wawo pod koł ami samochodu. Na drodze Kijó w-Czernigow przegapił em jednak skrę t do miasta Glukhov, ale po spojrzeniu na mapę szybko poprawił em swó j bł ą d - nie miał em czasu pojechać za daleko. Potem do granicy był a doś ć dł uga droga - bodajż e 200 km, ani jednej stacji benzynowej. Kontrolka jeszcze się nie palił a, ale wskazó wka wskaź nika paliwa szybko zbliż ał a się do czerwonej strefy i już zaczą ł em się obawiać , ż e wstanę na tę drogę przed dotarciem do Rosji. Kiedy te smutne myś li cał kowicie mnie ogarnę ł y, na horyzoncie pojawił się wreszcie sł up graniczny. Kolejka nie był a zbyt dł uga, ale i tak był a. Towarzysz Ukrainiec, któ ry siedział w budce przy barierce, zaczą ł mnie bardzo szczegó ł owo wypytywać o moją podró ż , nawią zał a się swobodna i poufna rozmowa, a potem pogranicznik nagle zadał gł ó wne pytanie: - No có ż , Aleksiej Witalijewicz , czy moż esz dać nam coś na cava? - Ech. . . no. . . ten....- Trochę się zmieszał em, ale szybko się pozbierał em, - Tak, to nie pytanie - teraz po prostu pobiegnę do maszyny do pisania, zabiorę dokumenty. . . Pobiegł em do auta, szybko wyrwał em z kasy 500 rubli rosyjskich schowek na rę kawiczki i wkł adają c je do paszportu, wró cił em do budki . - Oh jak! - powiedział pogranicznik, otwierają c mó j paszport - Tak, u ciebie wszystko w porzą dku - oba dokumenty i wszystko inne. . . Natychmiast wsiadaj do samochodu, a my to wszystko zapeł nimy. Usiadł em za kierownicą i ze zdumieniem zaczą ł em obserwować zamieszanie, któ re narastał o na sł upku. Straż graniczna szybko biegał a od jednej budki do drugiej. Wesoł e kroki, trzaskanie drzwiami, mó j paszport trzepotał wesoł o z rę ki do rę ki. Ktoś wsadził mi gł owę w okno i kazał podjechać do szlabanu, omijają c kolejkę . Minutę pó ź niej mił a mł oda dama w budce wrę czył a mi paszport ze wszystkimi pieczę ciami i ż yczą c „szczę ś liwej podró ż y i przyjedź do nas jeszcze raz – bę dziemy szczę ś liwi” otworzył a szlaban. Wszedł em do mojej ojczyzny. Na terytorium Rosji, 50 metró w od przejś cia granicznego, znajdował a się stacja benzynowa - wreszcie. Gdy tylko podjechał em do niej, pisną ł sygnał dź wię kowy kontrolki paliwa, kontrolka zapalił a się - w samą porę ! Znowu tankowanie - peł ny bak naszej rosyjskiej benzyny i znowu w drogę . Wskaź niki z takim rodzimym sł owem „Moskwa” poprowadził y mnie do przodu: nie patrzył em już na mapę . To oczywiś cie na pró ż no - z tego powodu pojechał em dł uż szą drogą - przez Oryol i Tuł a (autostrada E93). Tutaj nie zrozumiał em - kiedy przegapił em skrę t w lewo i zjechał em z autostrady M3? Co wię cej, ten zakrę t nie był tak daleko od sł upa granicznego - teraz widzę to patrzą c na mapę Google. Najwyraź niej był zbyt pewny, ż e M3, bę dą ca gł ó wnym torem, powinna być prosta – bez tak ostrych zakrę tó w. Kró tko mó wią c, z powodu tego bł ę du trzeba był o odsuną ć na bok dodatkowe 150…200 kilometró w. Potem znowu za Zheleznogorsk trochę pomieszał em kierunek: po zjechaniu z autostrady E93 na E95 skrę cił em nie na pó ł noc (w lewo), ale w prawo i pojechał em 15 kilometró w na poł udnie, za Trosną . Ale potem, po cieniach drzew, zdał em sobie sprawę , ż e zmierzam w zł ym kierunku - jeś li kieruję się na pó ł noc, cienie powinny być w przeciwnym kierunku. Nie zdą ż ył też posuną ć się za daleko – odwró cił się , poprawiają c bł ą d. I przechodzą c obok Tuł y, zwró cił em się nie do Moskwy, ale do Aleksina, ale to już wpł ynę ł o na zmę czenie. Musiał em się cofną ć i ponownie obrać wł aś ciwy kierunek. No có ż , to już nie jest takie waż ne – w każ dym razie droga biegł a do domu, a ja tu wszystko szczegó ł owo namalował em, ż eby inni podró ż nicy nie powtó rzyli moich bł ę dó w. Có ż , podró ż zakoń czył a się w moim garaż u okoł o wpó ł do jedenastej w nocy.

Tłumaczone automatycznie z języka rosyjskiego. Zobacz oryginał
Aby dodać lub usunąć zdjęcia w relacji, przejdź do album z tą historią
Podobne historie
Uwagi (3) zostaw komentarz
Pokaż inne komentarze …
awatara