Wielki spacer

04 Kwiecień 2014 Czas podróży: z 23 Kwiecień 2011 na 02 Moze 2011
Reputacja: +15151
Dodaj jako przyjaciela
Napisać list

Dzieciń stwo i mł odoś ć ukształ tował y się w taki sposó b, ż e nigdy nie brał em udział u w prawdziwej kampanii. Nawet nie podejrzewał em, ż e istnieje ró wnoległ y ś wiat, w któ rym ludzie są odcią gani w zupeł nie inny sposó b niż ja i moje ś rodowisko są przyzwyczajeni. Ale w wieku trzydziestu lat mó j krą g przyjació ł radykalnie się zmienił . Moi nowi znajomi cał ą mł odoś ć spę dzili w gó rach, wę drowali lub jeź dzili na nartach. Jazdę opanował em doś ć szybko, dzię ki ż elaznej woli i niechę ci mojej ukochanej do zadzierania ze mną przez dł ugi czas, jednak to osobna historia.

Ale wyjazdy się nie udał y. Każ dy już dojrzał , zaroś nię ty tł uszczem i innymi owrzodzeniami i wyrzucił z gł owy ten mł odzień czy kaprys. Nie, my oczywiś cie pojechaliś my na Krym z namiotami. Ale, jak się pó ź niej dowiedział em, nie był o to cał kiem w porzą dku, a ś ciś lej nie był o wcale. A w 2011 roku jeden z naszych wielkich (pod każ dym wzglę dem) znajomych postanowił wstrzą sną ć dawnymi czasami i zorganizować wycieczkę na Krym. Dowiedziawszy się o tym, zjadł em cał ą ł ysinę kochanie i nadal zarezerwowaliś my swoje miejsca w szeregach nienormalnych entuzjastó w.


Przyjaciel (nazwijmy go Wasia) i jego dama serca (nazwijmy ją Katią ) byli w peł ni zaangaż owani w przygotowania do kampanii. Kupowanie biletó w kolejowych, jedzenia, alkoholu, gotowanie suszonego mię sa i boczku wedł ug specjalnej receptury – to wszystko nie obchodził o nas wcale. Wł aś nie przekazaliś my jakieś ś mieszne pienią dze - 600-700 hrywien na osobę i tuż przed wyjazdem wzię liś my swoją czę ś ć prowiantu na pakowanie do plecakó w. Mó wiono, ż e przedmioty osobiste został y ograniczone do minimum. Có ż , wzię liś my. . .

A w pogodny kwietniowy dzień , dokł adnie w wigilię Wielkanocy, w towarzystwie 15 osó b obojga pł ci zjechał yś my na spadochronie z pocią gu w Bakczysaraju. Opró cz Wasyi i Katii ludzie byli nam zupeł nie nieznani, jedna poł owa (w tym nasza para) był a w naszym wieku (daj lub bierz), a druga - mł odzi ludzie, studenci i trochę starsi (i ską d ich wzią ł ? ). Po dotarciu do pał acu chana ludzie jak szaleni urzą dzili sobie dł ugą sesję zdję ciową (jacy dzikusy nie widzieli pał acu? ). Wszyscy przeczytaliś cie historię o niefortunnym wyborze towarzysza podró ż y w Sharm el-Sheikh. Tak wię c od samego począ tku wszyscy zaczę li mnie denerwować - zaró wno starzy znajomi, jak i nowi. Moż e jednak z gł odu. To był ostatni dzień postu, a co ja i moja droga tego dnia jedliś my i czy w ogó le jedliś my, nie pamię tam wprost. Reszta ludzi nie zawracał a sobie gł owy takimi drobiazgami. A moż e w duż ej mierze przyczynił a się do tego moja irytacja, choć najmniejszy w naszej grupie, ale wcale nie lekki (15 kilogramó w w ten sposó b) plecak, któ ry obcią ż ał moje kruche ramiona. Ale jak to mó wią , wzią ł holownik… no wiesz.

Biegł em przez pię ć sekund do Klasztoru Jaskini Wniebowzię cia - ś wią tynia jest peł na ludzi, jest naboż eń stwo. Reszta grupy ma kolejną sesję zdję ciową . Idziemy dalej - zatrzymaliś my się pod murami Chufut-Kale. W ogó le, moim niedoś wiadczonym zdaniem, zbyt czę sto aranż owano postoje. Ponieważ ja, z moim mał ym plecakiem, był em szybszy niż wszyscy inni, nie mogł em powstrzymać się od irytacji ś limaczym tempem innych. Szlak przechodził przez ogromny staroż ytny cmentarz karaimski. Ponure miejsce, nawet nie zrobił em zdję cia, ale starał em się prześ lizgną ć przez nie jak najszybciej.

Dzień dobiegał koń ca i do naszego pierwszego obozu dotarliś my z widokiem na wioskę Bashtanovka. Na malowniczej ł ą ce znajduje się kilka grup turystycznych. Rozbiliś my też nasz obó z. Namioty zabrano na cztery, ale perspektywa spania z innymi nie inspirował a nas. Bohaterskie chrapanie Vaski mogł a znieś ć tylko Katia. Wedł ug niej, on (w sensie chrapania) usypiał ją . Katya, szczę ś liwa kobieta, ma dla kobiety rzadki dar do spania o każ dej porze dnia w niewygodnej pozycji. Niestety natura odebrał a mi takie szczę ś cie. A ż ycie z nieznajomymi w ogó le jest też jakoś nie w porzą dku. Dlatego dostaliś my sobie osobny (podobno podwó jny) namiot.


Po zakoń czeniu budowy domu, podczas gdy obsł uga przygotowywał a obiad, moja droga i ja postanowiliś my pojechać do wioski po wino. A jeś li nauczył em się już nie jeś ć , to nie pić na wakacjach przekracza moje sił y. Bez plecakó w jest tak dobrze, ż e prawie przeskakują c wskoczył em do wioski. Tubylcy już przerywali post z mocą i daniem, pieczą c kebaby i inne zniewagi (choć prawdopodobnie byli muzuł manami). Znalazł em sklep. Kupiliś my wina produkowane przez lokalną winnicę za absolutnie ś mieszne pienią dze. Koniak z Bakczysaraju czasami moż na znaleź ć w naszych sklepach, ale wina nie widział em. Rozmawialiś my z wł aś cicielem sklepu. Na poż egnaniu ostrzegł nas: „Uważ aj na swoje rzeczy, tutaj kradną ”. Wracają c do obozu, opowiedzieliś my wszystkim o niebezpieczeń stwie czyhają cym na turystó w, zjedliś my obiad, napiliś my się i wcią gają c plecaki do namiotu, zaczę liś my szykować się do spania. Mieszkają c latem na wybrzeż u zawsze zabieramy ze sobą duż y dmuchany materac, na któ rym spanie jest prawdziwą przyjemnoś cią . Jest jednak doś ć cię ż ki, wię c nie zabraliś my go na tę wyprawę i rozł oż yliś my tylko karimaty, któ re potocznie nazywane są piankami. Dodatkowo w naszym letnim wyposaż eniu znajdują się dwa ś piwory, któ re moż na ze sobą spią ć , otrzymują c w ten sposó b ś piwó r dla dwojga. Wzię liś my te same ś piwory, nie myś lą c, ż e to w rzeczywistoś ci letnie. A jeś li w dzień był o wystarczają co ciepł o, to wieczorem zrobił o się znacznie chł odniej. Ale najpierw rozgrzał nas ogień , a potem wino. Dlatego bez wahania rozebrał am się i wspię ł am do torby. Podrzucają c się i obracają c przez jakiś czas na twardej poś cieli, z ż alem zagnieź dził y się na pó ł , a po rozgrzaniu zasnę ł y.

W ś rodku nocy obudził y nas dzikie krzyki, mat-remat i bieganie po namiocie. Jak się okazał o, czę ś ć plecakó w nie zmieś cił a się w namiotach, wię c ludzie postanowili zaaranż ować zegarek. Ale nasz dyż urny hiperkomunikatywny lider znudził się i dosł ownie na 15 minut (wedł ug niego) poszedł do pobliskiego ognia, aby porozmawiać . W efekcie wyszł y dwa plecaki należ ą ce do mł odych dziewczą t. Jeden z nich to zero, mucha nie usiadł a, kochanie. Có ż , coś był o w plecakach. Z tego co pamię tam - dwa paszporty, telefon komó rkowy (dwa), buty trekkingowe (nowe drogie), apteczka publiczna. Có ż , trochę ubrań , bielizny, podstawowych artykuł ó w damskich i trochę produktó w.

Wasisualy rzucił się po polanie i wrzasną ł jak ranny ł oś . Niemal sprowokował konflikt mię dzynarodowy, wpadają c na grupę moł dawskich turystó w, któ rzy przebywali w pobliż u. Potem z kilkoma chł opcami pobiegł gdzieś w ciemnoś ć . Po co biec, szukaj wiatru w polu! W koń cu ostrzegali, ż ebyś spojrzał w obie strony. Pó ź niej powiedziano nam, ż e w krę gach turystycznych ta wieś Bashtanovka nazywa się nie tylko Beshtanovka, ponieważ ani jeden turysta nie zgubił tam spodni i nie tylko.

Kró tko mó wią c, nikt nie zasną ł do rana. Pró bowaliś my naprawdę , ale był o strasznie zimno, a nasze ś piwory, jak się okazał o, nie był y przystosowane do zerowych temperatur. Musiał em zał oż yć wszystko, co był o, w tym kurtki puchowe, ale nawet to wydawał o nam się niewystarczają ce. Wycią gnę li z ognia gorą cy bruk i owinę li go rę cznikiem. Wcią gnę li go do namiotu. Zrobił o się trochę cieplej, ale potem rę cznik okazał się beznadziejnie uszkodzony – przepalił się .


Nadszedł poranek. Ale wojna to wojna, a lunch jest zgodnie z planem. Tak wię c obsł uga przygotował a ś niadanie, a my w koń cu zjedliś my szybki posił ek ze wszystkimi innymi. A Chapai usiadł , ż eby pomyś leć , co dalej. Jego myś li trwał y do ​ ​ poł udnia, kiedy powinniś my byli już przebyć pó ł dnia marszu. Aby lepiej pomyś leć , nał adował am się napojem energetycznym (w pewnym sensie alkoholem). Jestem już zmę czony wariowaniem (i nie tylko ja). Po spakowaniu plecakó w i porzuceniu wszystkiego, co się dział o, dobrze się bawili grają c w tryktrak kempingowy. Do poł udnia zapadł a trudna decyzja o przejś ciu dalej. Zrabowane dziewczyny mimo wszystko nie był y temu przeciwne. I wtedy zaczę ł o się wielkie zgromadzenie. Jak się okazał o, nasi przywó dcy, każ ą c nam zabrać minimum rzeczy osobistych, sami zebrali tyle ś mieci - kilka zapasowych spodni, bluzek, trampek. Kró tko mó wią c, przystojny. Moja droga i ja mieliś my ze sobą tylko zapasową bieliznę i czystą koszulkę . Ale mieliś my też mniejsze plecaki.

Generalnie, po spę dzeniu co najmniej kolejnej godziny na pakowaniu, nasza przyczepa w koń cu ruszył a. Rozgrzana Wasia ledwo się czoł gał a, a ja, rozbrykany jak w wigilię , i dziewczyny, już nie obcią ż one dodatkowym ł adunkiem, rzucił em się do przodu. Ale nie znaliś my drogi. Po dojś ciu do kolejnego rozwidlenia musiał em się zatrzymać i poczekać na nieszczę snego lidera z mapą . W efekcie chybiliś my i skrę ciliś my gdzieś ź le, weszliś my w zł y wą wó z i niespodziewanie natknę liś my się na ruiny staroż ytnej ś wią tyni architektury bizantyjskiej, któ ra okazał a się klasztorem ś w. Ł ukasz. Czekają c na maruderó w z grupy, poprosił em nowicjusza, aby zabrał mnie do studni. Po drodze trochę pogadaliś my. Taki ciekawy dzieciak, nie z tego ś wiata. Mó wi: „Teraz czuję taką dobroć ! ” Ja, grzesznik, myś lę sobie: „Prawdopodobnie w koń cu zjadł em coś smacznego”. Nie. Wtedy zdał em sobie sprawę , ż e wcale nie chodził o o jedzenie. Po prostu czł owiek moż e po prostu cieszyć się jasnymi wakacjami. A ja, zł y chrześ cijanin, niestety niczego takiego nie doś wiadczył em.

Zrobiwszy objazd, nadal poszliś my na ś cież kę , któ rej potrzebowaliś my. Przechodzą c przez jaką ś wioskę , zapytali babcię , gdzie jest sklep. Wskazał a nam jeden z domó w. Przychodzimy. Badamy. Nic nie wskazuje na to, ż e jest tu sklep. Pukamy. Mę ż czyzna wyszedł . „I powiedzieli nam, ż e jest tu sklep”. "Kto powiedział ? " – Tak, jakaś babcia. "Dobrze, wejdź . " Idziemy. To wł aś ciwie sklep na korytarzu. Zasię g jest jednak niewielki. Gł odne dzieciaki kupił y sobie garś ć snickersó w, ale my potrzebowaliś my zupeł nie innego rodzaju chleba. Co prawda nie znaleź liś my tam nic ciekawego, musieliś my kupić tetrapack jakiegoś gó wna na obiad.

Robił o się już ciemno, kiedy w koń cu znaleź liś my odpowiedni parking. Parking musi speł niać trzy kryteria: obecnoś ć mniej lub bardziej pł askiej powierzchni wystarczają cej do ustawienia wymaganej liczby namiotó w, obecnoś ć ogniska i odległ oś ć do ź ró dł a wody. Obó z ten, podobnie jak poprzedni, był podobno czę sto odwiedzany i zasiedlany. Nastę pnego ranka po ś niadaniu Wasia, dają c nam 15 minut na przygotowanie, w tym czasie on sam, essno, nie spotkał się . Wę drował dalej. Ponieważ ostatecznym celem naszej podró ż y miał być Sewastopol, musieliś my przenieś ć się gdzieś na poł udnie - poł udniowy zachó d. I moja droga, któ ra wcale nie był a zrobiona palcem, kiedyś też prowadził a grupy na Kaukazie, zauważ ył a, ż e ​ ​ jedziemy na wschó d. Zaczą ł się spierać z naszą Susanin. Zaaranż owali nadzwyczajny postó j, rozł oż yli mapę , osą dzili i dł ugo wiosł owali. Wasia uparcie stawiał a opó r, ale i tak korygowaliś my trasę i pojechaliś my, jeś li nie w przeciwnym kierunku, to bardzo blisko. W rezultacie był już wieczó r, a my jeszcze nigdzie nie dotarliś my i oczywiś cie grupa zaczę ł a się denerwować . A potem Wasia, skrę cają c ze ś cież ki do lasu, znalazł a coś w rodzaju parkingu i oznajmił a, ż e ​ ​ tu nocujemy. To był rzeczywiś cie parking, tylko ż e przez dł ugi czas nikt z niego nie korzystał . W odwecie za to, ż e się z nim pokł ó ciliś my, podważ ają c w ten sposó b (jak są dził ) jego autorytet, Wasia wyznaczył a nas na sł uż bę . Ale wzię liś my to za bł ogosł awień stwo, w koń cu przyszł a kolej na zaopatrzenie z naszych plecakó w, a my nawet nie mieliś my nic przeciwko zmniejszaniu cię ż aru. Poza tym nadal musimy czasem dyż urować . Rozpalili ognisko, ugotowali kaszę gryczaną z gulaszem, a ja zaczą ł em rozdawać racje ż ywnoś ciowe. Wylał em to z serca, potem patrzę , coś mi nie wystarcza, moż e nie wystarczy. Odebrał em miski, ograniczył em trochę racji. Wyglą da na to, ż e wszyscy mieli doś ć , wszyscy jedli. Najtrudniejszą czę ś cią był o mycie kotł a. Có ż , tę misję przeją ł mę ż czyzna.


Nastę pnego dnia do poł udnia dotarliś my do doś ć duż ej wsi Bogatyr u podnó ż a Ł ysai. Był o kilka sklepó w ze stosunkowo przyzwoitym asortymentem, w któ rych pechowe dziewczyny mogł y zaopatrzyć się w niezbę dne artykuł y, a takż e uzupeł nić zapasy ż ywnoś ci. Znaleź liś my prowizoryczny stó ł jadalny z wielkiej kł ody z ł awkami i usiedliś my na przeką skę . Patrzę , Vasek i jego towarzysze (2 jeszcze przystojnych mę ż czyzn) kupili sobie piwo. Czy nie jesteś cie idiotami? Dzisiaj mieliś my kolejną poł owę drogi i to nie w linii prostej, ale na wzgó rzu o wysokoś ci okoł o 1 keme. Zgodnie z oczekiwaniami, dzię ki pijanej tró jcy, tempo cał kowicie zwolnił o, a przerwy się wydł uż ył y. Robił o się ciemno. . . A na samą gó rę , gdzie miał być rzekomy parking, wcią ż był o jak skorupiaki przed Kijowem. Pozwalają c dziewczynom bez plecakó w nieś ć mó j bagaż , pobiegł em lekko pod gó rę w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca. A nie jest i nie jest. Teraz platforma jest za mał a, wtedy strumień jest doś ć cienki. Był em już cał kowicie zdesperowany, ale po sporym spacerze w koń cu zobaczył em to, czego szukał em. Szybko zbiegł a na dó ł , by zadowolić innych. Niektó rzy z chł opakó w pró bowali już rozbijać namioty na tych stronach, któ re odrzucił em. A Tró jca Ś wię ta jeszcze nawet do tego miejsca nie doczoł gał a. Zabrawszy dziewczynom plecak, zaprowadził em firmę na parking, któ ry znalazł em. Wszyscy to lubili. Namioty został y ustawione w ciemnoś ci.

W sumie był to fajny dzień . Ale jak się okazał o, zabawa na tym się nie skoń czył a. Miniony dzień okazał się upalny, a plecak cał kiem nieź le się rozgrzał , wię c zał oż ył em koszulkę , a nawet popijał em wodę ze strumienia. Po rozbiciu namiotu i zrelaksowaniu się poczuł em, ż e boli mnie przeł knię cie. Witam, przyjechaliś my! W takiej sytuacji w domu zawsze ratował mnie tylko lugol w glicerynie. Jeś li nie posmaruję gardł a przy pierwszych objawach, to wszystko, khana, temperatura ze wszystkimi konsekwencjami. Lugola, podobnie jak innych farmaceutykó w, my z racji swojej zwykł ej niechlujnoś ci nie wzię liś my, a apteczkę publiczną , jak pamię tacie, zostawiliś my z plecakami. A co z robotami jogi? Był y tylko dwie opcje - wró cić do wioski, gdzie zobaczył em regularny autobus do Bakczysaraju i wró cić do domu. Albo zaryzykuj i idź dalej. Ale tutaj, jak mó wią , nie był o punktu odwrotu. Dalej w trakcie osiedli już nie bę dzie. Rozsą dnie uznają c, ż e poranek jest mą drzejszy niż wieczó r, odł oż ył a decyzję na jutro. W mię dzyczasie jednak coś został o zrobione. Nalał a ciepł ej wody z solą i pł ukał a gardł o, aż cał kowicie przestraszył a się . Ponadto jedna z dziewczyn cudem znalazł a kilka tabletek septefril, któ rych uż ył am zgodnie z zaleceniami.

W tym samym czasie Katia zaczę ł a wyrywać mu gwó ź dź na palcu. Ostatnio te same ś mieci skoń czył y mi się bardzo ź le – musiał em zerwać paznokieć , bo nic innego mi nie pomogł o. Ktoś poradził Katii, aby przymocował a do paznokcia upieczoną cebulę . Był em bardzo sceptyczny, ale ona nie miał a wyboru.

Rano, kiedy wszyscy nadę li, zaskakują co ś wież a i wesoł a Wasia zdoł ał a wjechać na gó rę . Okazuje się , ż e nie dotarliś my do szczytu. I są ruiny katedry Chrystusa Zbawiciela. Trochę opadł o mi gardł o, temperatura w nocy jakimś cudem nie wzrosł a, powtó rzył am pł ukanie i postanowił am ze wszystkimi iś ć dalej. Dotarliś my do ruin - có ż , absolutnie ruin. Już w domu znalazł em informacje o nich w Internecie. Okazuje się , ż e to bardzo szczegó lne miejsce, pojawiał y się tam ró ż ne usterki - siwobrody starcy i tak dalej. I generalnie nie każ dy moż e dostać się w to miejsce. Có ż , oto jesteś my.


Dalej nasza droga prowadził a do masywu Bojkó w i począ tku Wielkiego Kanionu. To doś ć dobrze znane miejsce w krę gach turystycznych, wię c spotkaliś my jeszcze kilka grup. Na jednym z postojó w jeden z naszych chł opcó w, biedak, był już tak gł odny, ż e nę kał wszystkich, ż eby mu przynajmniej coś dali. Ktoś mu zasugerował : „Czy bę dziesz miał ł uk? ” "Chodź my! ". I oszukał tę cebulę jak jabł ko. Ś mialiś my się tak mocno!

Doszliś my do parkingu w pię knym miejscu w pobliż u rzeki pł yną cej dnem Wielkiego Kanionu. Tutaj miał się umó wić dzień . Kolacja został a przygotowana wspó lnie przez wszystkich. Ponieważ z owocó w mieliś my tylko cebulę i czosnek, brakował o już witamin. Przypomniał em sobie, ż e pokrzywy i mlecze są doś ć jadalne i szalenie zdrowe. Na polanie nie brakował o pokrzyw, ale z jakiegoś powodu mę czył mnie mlecze. Katya biegał a po cał ej okolicy, zbierają c bukiet. Ponieważ nie był o z czego ugotować sał atki, dodaliś my tę kiszonkę do gulaszu. Poszedł em na „na zdrowie”. Do tego dnia do obiadu uż ywaliś my wina kupionego w osadach. Teraz nie był o mieszkania, a tym bardziej sklepu w pobliż u. I wszyscy operatorzy nie mieli poł ą czenia. Ukoń cz grę . Dlatego Wasilij dał każ demu alkohol kalkomanii. Wcześ niej nie pró bował em tego arystokratycznego napoju. Jak się okazał o, na pró ż no. To rzecz, powiem ci! Szczegó lnie z dodatkiem skó rek z cytryny! Mmm. Wó dka nerwowo pali. Po prostu pij w bardzo mał ych dawkach. Vaska miał a specjalne maleń kie ż elazne okulary. Ponieważ rano nie był o potrzeby nigdzie się spieszyć , pozwolili sobie na ś piewanie piosenek przy ognisku. A brak gitary nam nie przeszkadzał .

Rano, zostawiają c Wasię do pilnowania obozu, wszyscy rozeszli się we wszystkich kierunkach. Dziewczyny w towarzystwie kilku chł opakó w udał y się do wioski. Sokó ł na policję , aby napisać oś wiadczenie o kradzież y. Ktoś zszedł w dó ł rzeki, a my poszliś my popatrzeć na Wielki Kanion z gó ry. Byliś my kiedyś na wycieczce o tej samej nazwie, pł ywaliś my tam w wannie mł odzież y, ale oni (wycieczki) są prowadzone z przeciwnej strony kanionu. Ale tutaj miejsca są znacznie bardziej dzikie i oczywiś cie o wiele pię kniejsze niż przykł ad. Gdzieś w dole sł ychać był o krzyki wspinaczy. Natknę liś my się na strukturę kamieni uł oż onych w spiralę . Kilka lat pó ź niej podobne zjawisko spotkaliś my w gó rach nad Sudakiem, tylko tam był o bardziej zadbane. Na umieszczonym w pobliż u znaku napisano, ż e miejsce to nazywa się Ś wią tynią Ducha oraz szczegó ł owe instrukcje, jak się zachowywać . A obok znajduje się kolejna konstrukcja, oznaczona jako „Siedmiopoziomowy Labirynt”. Ale to był o pó ź niej. A potem, po Wielkim Kanionie, ostroż nie spacerowaliś my po tym miejscu i nic nie robiliś my.

Po zrobieniu wystarczają cej iloś ci zdję ć wró ciliś my do obozu. Tam Wasek i Michał ych niszczyli zapasy alkoholu. Có ż , my też do nich doł ą czyliś my. Ale ten pasoż yt nie dał nam wiele, twierdzą c, ż e to jego osobisty alkohol. A przed wyjazdem powiedział nam, ż e nie musimy niczego wię cej zabierać ze sobą i to wystarczy. Dobra, bą dź my zdrowsi. Resztę dnia spę dziliś my w bł ogim bezczynnoś ci, opalają c się i grają c w tryktraka. Pod koniec dnia Wasyok zał adował się do kwiku ś wini, zaczą ł brzę czeć , a Katia, korzystają c z dogodnego momentu, ukradł a mu bakł aż ana i nie mogł a wymyś lić nic lepszego niż ukrycie go w naszym namiot (hee hee, kapustę powierzył a kozom). Ale my jednak nie staliś my się bezczelni i tylko trochę przyję liś my komunię , aby lepiej spać .


Nastę pnego ranka nasz przewodnik był w takim stanie, ż e dla wszystkich stał o się jasne, ż e dzisiaj też nikt nigdzie się nie wybiera. I to muszę powiedzieć , zadowolony. Szkoda, ż e ​ ​ to pię kne miejsce. Tym razem postanowiliś my zbadać dno kanionu. Skaczą c z kamienia na kamień , wchodziliś my coraz gł ę biej w jego trzewia. W niektó rych miejscach nie dał o się przejś ć dnem bez zamoczenia stó p, trzeba był o wspinać się po zboczach i omijać nieprzejezdne tereny. Po drodze spotkaliś my bardzo duż o wanien i ł aź ni, cał kiem nadają cych się do ką pieli. I oczywiś cie zapominają c (dokł adniej o punktowaniu) mojego niedawno bolą cego gardł a, postanowił em się odmł odzić . W dobrym sensie powinienem był zanurkować na oś lep, ale perspektywa chodzenia z mokrymi wł osami teleportują cymi się po plecach nie był a dla mnie inspiracją . Dlatego wybrał em miejsce, w któ rym nie był o szczegó lnie gł ę boko. Skoczył - przykucną ł - wyskoczył . Co wię cej, temu towarzyszył pisk ś wini, ponieważ woda był a bardzo orzeź wiają ca. I tak trzy razy. Każ dy kolejny raz był ł atwiejszy. Najważ niejsze, ż eby nie przesadzić , aby nie odmł adzać się do wieku malucha (jak to się stał o z bohaterką staroż ytnej legendy tatarskiej). Pupsik uparcie nie chciał się odmł adzać , ale kł ó tnia ze mną to kompletna beznadziejnoś ć .

Po ubraniu kontynuowaliś my skakanie po kamieniach. Był em już zmę czony i chciał em wracać do bazy, ale za każ dym zakrę tem otwierał y się krajobrazy, jeden pię kniejszy od drugiego i moim paparazzi bardzo trudno był o się zatrzymać . Ale potem zaczę ł o dudnić nad gł ową i już nalegał em, aby wró cić , ponieważ opró cz wszystkich innych radoś ci perspektywa zł amania nó g o kamienie, któ re był y absolutnie gł adkie i mokre od deszczu, był a bardzo realna. I ogarnę ł a nas burza, a wł osy zmoczył y mi się , poś liznę liś my się kilka razy i zamoczyliś my nogi, ale byliś my już blisko obozu i jakoś dotarliś my do naszego namiotu. Tam czekał a nas kolejna niespodzianka. Ponieważ nie był o ś ladó w deszczu, okno w namiocie pozostawał o otwarte, a gdy lał o, nikt nie zadał sobie trudu, aby je zamkną ć , wię c w ś rodku utworzył a się kał uż a, któ rą trzeba był o wygrzebać . Vaska nie był do tego zdolny - poprawił swoje zdrowie z innego bakł aż ana. I nikt nie proponował wsparcia naszego zdrowia. Inna para wró cił a ze spaceru przemoczona do skó ry i nikt nie zamierzał ich leczyć . Na szczę ś cie zachowaliś my konfiskatę , któ rą się grzaliś my.

Ale odpoczynek nie moż e trwać wiecznie i musimy iś ć dalej. Obró ciwszy jeszcze nie do koń ca suchy obó z, ruszyliś my w gó rę rzeki, oddalają c się od kanionu i trzymają c się drogi na pł askowyż Ai-Petri. Rano był o doś ć pogodnie, ale kiedy w koń cu dotarliś my na pł askowyż , od tył u zaczę ł y nadcią gać ciemne chmury. Jak zwykle chciał em się gdzieś szybko dostać i rozbić namiot, zwł aszcza ż e groź ba deszczu był a bardzo realna. Ale wtedy Katia nie mogł a się doczekać wykopania kilku roś lin, aby dać . Oj mamo! Znalazł em czas! A na horyzoncie widać już tak upragnionych ż andylikó w Aj-Pietriń skiego. I wszyscy bardzo chcieli tam pojechać...No, prawie wszyscy. Nasz ż elazny Wasia powiedział , ż e idziemy w innym kierunku. Musiał em być posł uszny. I pojechaliś my prosto na zachó d. Chmury był y gdzieś z tył u, a deszcz, o dziwo, nie nadszedł . Ponieważ pł askowyż jest uważ any za rezerwat przyrody, wę druje po nim wielu leś nikó w, któ rzy tną ł upy. Dlatego Wasia zaprowadził nas do znanej mu skrytki, gdzie nie powinni nas znaleź ć . Znajdował się w mał ym zagł ę bieniu, otoczonym ze wszystkich stron grzbietem kamieni. I nadal nas nie znaleź li, chociaż w nocy gdzieś w pobliż u niejednokrotnie sł ychać był o ryk czterokoł owcó w Lesnikowa.

Rano szybko się zbierają c, dopó ki nas nie znaleź li, ruszyliś my dalej. Był to pierwszy maja. Pogoda był a po prostu wspaniał a. Dotarliś my do krawę dzi pł askowyż u gdzieś w pobliż u Simeiz. Ż adnego „ł ał ! ” nie moż e przekazać cał ej gamy rozkoszy, któ ra nas ogarnę ł a. Niesamowite pię kno! Mgł a wisiał a nad morzem. Jednak to, co Wam mó wię , wszystko moż ecie zobaczyć na zdję ciach. A ludzie byli! Prosta demonstracja pierwszomajowa! Ró ż ne osoby z plecakami poruszał y się w obie strony. Spotkaliś my nawet dwie starsze ciotki z dwoma jamnikami, a takż e mę ż czyznę , któ ry przedstawił się nam jako nauczyciel wychowania fizycznego w jednej ze szkó ł w Kramatorsku lub Yenakiewie, któ ry towarzyszył doś ć licznej grupie ucznió w. Bó g! Co za dobrzy ludzie! Z wielkim trudem znaleź liś my miejsce parkingowe, bo chę tnych był o co najmniej kilkanaś cie osó b. A potem dopadł nas leś niczy i chciał nam obcią ć.10 UAH. (150 UAH dla wszystkich) Ale Wasia poskarż ył się mu, ż e zostaliś my okradzeni, a nawet wrę czył zaś wiadczenie od mentora. Leś nik był zainspirowany i wzią ł minimalną grzywnę (nie pamię tam). To był a nasza ostatnia noc w spartań skich warunkach. Ale polana nie był a zbyt pł aska, a namiot Wasi okazał się niezbyt wygodnie rozstawiony, a cał a czwó rka czuł a się tam bardzo niewygodnie. I czoł gają c się do naszego namiotu, Wasia zobaczył a ś wiatł o: „Có ż , nieważ ne, masz namiot dwuosobowy, mamy ten sam, ale czteroosobowy! ” Dlatego postanowił umieś cić Katyę na naszym miejscu. Dobrze, ż e do nas nie doł ą czył ! Jedna noc moż e być tolerowana.


Rano mieliś my ostatni mał y forsowny marsz i pó ź niejszy zejś cie po tzw. „Diabelskich Schodach”. Droga schodził a w dó ł i weszliś my w pas mgł y. Dotarliś my do tej wł aś nie „klatki schodowej”. Có ż , bez plecaka jakoś bym sobie z tym poradził a. I tak...Ogó lnie doś wiadczeni wspinacze (Waś ka, Michał ych i pupsik) musieli opuszczać cał ą resztę prawie na rę kach. Oryginalna trasa zakł adał a inne, ł atwiejsze zejś cie w inne miejsce. Ale „nieprzewidziane” okolicznoś ci dokonał y zmian. Ale kiedyś wszystko się koń czy, a stado jeż y we mgle bezpiecznie dotarł o do autostrady Jał ta-Sewastopol. W przydroż nych krzakach zaczę li przybierać boską formę . A potem narodził y się dż insy, eleganckie T-shirty, ktokolwiek jest w czym. Có ż , ograniczyliś my się do przebierania się tylko w ś wież e koszulki. Có ż , na taką okazję trzeba był o uszyć jeansy przez 10 dni! Wiele razy sł yszał em od znajomych jedną historyjkę turystyczną , jak jedna dziewczyna, któ ra nie chciał a chodzić na piesze wę dró wki, został a uwiedziona perspektywą spaceru wzdł uż nabrzeż a Soczi na koniec wycieczki. A ona, biedaczek, w tym celu cią gnę ł a do plecaka sandał y na wysokim obcasie przez cał ą drogę . Ale nie moż na był o przejś ć się nasypem, bo grupa bardzo spó ź nił a się na pocią g. Kró tko mó wią c, jesteś my z ukochaną , có ż , okradzione dziewczyny, jak był y w dresach, pozostał y takie same. I zaczę liś my gł osować . I nikt nie chce na nas zarabiać ! Przelatują i to wszystko. Po spę dzeniu ponad godziny, z wielkim trudem, na kilku imprezach, udał o nam się jeszcze wyjechać do Sewastopola.

Ponieważ znaleź liś my się w pierwszej grupie szczę ś liwcó w, w oczekiwaniu na resztę postanowiliś my nie tracić czasu i już zaczynamy ucztę dla brzucha. Usiedliś my w kawiarni dworcowej. Z chciwoś ci natychmiast zamó wili 200 gramó w „Bastardo” i lagmana. Nieco nietypowe poł ą czenie, ale zależ ał o nam na tym konkretnym winie i tym konkretnym daniu. Ż ycie stał o się lepsze. Reszta zatrzymał a się , a my oddaliś my plecaki do magazynu i popł ynę liś my na nabrzeż e, aby popł ywać ł ó dką . A przechowalnia bagaż u, przejś cie i ł ó dź był y nadal za publiczne pienią dze. Wydawaliś my tylko na osobiste napoje-jedzenie. Umó wiwszy się na ł ó dkę , poszliś my do supermarketu kupić coś smacznego do jazdy nie tylko w ten sposó b, ale z sensem. Przechodzą c przez larwy, moja droga i ja odkryliś my wino Massandra „Marsala”, któ rego wcześ niej nie widzieliś my. Z adnotacji jasno wynikał o, ż e był o to ulubione wino admirał a Nelsona. Dobra, spró bujmy, na co pozwolili sobie Nelsonowie. Jak się okazał o, admirał nie był gł upcem, nie mielibyś my też nic przeciwko zakochaniu się w nim. Ale nie los. Po wypiciu dwó ch butelek kupionych na ł odzi i powrocie do supermarketu po sł odycze w domu, byli bardzo zirytowani, ponieważ mieli do czynienia z brakiem tego nie tylko na ladzie, ale nawet w magazynie. I bez wzglę du na to, ile razy w kolejnych latach odwiedzaliś my markowy sklep Massandry, takiego wina już nie był o. Przeszukał em Internet w poszukiwaniu tej informacji, okazał o się , ż e ukazał a się dopiero za rok lub dwa. Podobno kupiliś my już resztki.

Do pocią gu był jeszcze czas, a ludzie rozeszli się we wszystkich kierunkach. Znowu udaliś my się na nasyp. A potem sł odki dogonił . Prawdopodobnie choroba morska na statku. Pospiesznie zabrał em go do czeburka i pró bował em go tuczyć i wypić jego kawę . Ale był o już za pó ź no. Dlatego, doszedł szy do ł awki na nasypie, nie mó gł już wstać , ale przeciwnie, poł oż ył się na moich kolanach i zdrzemną ł się . Prawdopodobnie przedstawiliś my oryginalny obraz, ale gliniarze na szczę ś cie nas nie zauważ yli. Siedzą c w ten sposó b przez okoł o godzinę , wcale się nie nudził em, bo duż o ludzi tuł ał o się , a ja bardzo lubię oglą dać , czasem takie uję cia natrafiają (w tym przypadku też byliś my takimi uję ciami), i moż esz bez koń ca patrzeć na morze. Ledwo wepchną wszy swojego alkoholika, zacią gnę ł a go na przystanek minibusa, po drodze udał o nam się jeszcze zrobić zdję cie. Pognaliś my na dworzec tuż przed odjazdem. Nasze plecaki został y już zał adowane, dzię ki przyjacioł om!

Pocią g ruszył , a ja poł oż ył em „ciał o” na pó ł ce i zaczą ł em komunikować się z kilkoma facetami z naszej grupy. Zapytał em o ich wraż enia z organizacji wyjazdu. „Tak, dobrze”, mó wią . Okazuje się , ż e wcześ niej byli na kampanii na Kaukazie z innym przywó dcą , wię c trzymał szalone tempo (druga skrajnoś ć ) i np. przeskakują c szczelinę na lodowcu, mó gł spokojnie jechać dalej bez patrzenia z powrotem na innych. Otó ż ​ ​ to.


Pocią g przyjechał do Symferopola. I tak bardzo kocham lokalną stację , ż e postanowił am wyjś ć na spacer. Zapytał em dyrygenta ile kosztuje nas? Odpowiedź wynosił a 20 minut. Wyszedł ze mną facet, któ ry tł ukł cebulę jak jabł ko. Po kró tkim spacerze postanowił em za ostatnie pienią dze kupić do domu coś z beczki. Kupił em, wychodzimy na peron i widzimy - o zgrozo! Pocią g już jedzie z mocą i gł ó wnym, choć nie minę ł o jeszcze blisko 20 minut. Podbiegliś my do pierwszego samochodu, któ ry się natkną ł em, wrzucił em do ś rodka butelkę (dobrze, ż e jest plastikowa) i po drodze wskoczył em do jednego auta, a facet był już w drugim. Teraz to jest adrenalina! Nie wyobraż am sobie nawet, jak mogł o się to potoczyć . Zero pienię dzy, telefon umarł już w 10 dni, chociaż kamera wideo był a wł aś nie tym, czego potrzebowaliś my - „Sami nie jesteś my lokalni, jesteś my w tyle za pocią giem...” A dziecko ś pi spokojnie.

Ale jest coś do zapamię tania. I mimo wszystko nie pokł ó ciliś my się z Wasią i Katią , a od czasu do czasu jesteś my przyjació ł mi. Chociaż Wasia przez jakiś czas był a uraż ona, ż e ​ ​ psujemy dyscyplinę i podważ amy jego autorytet. A z Katyą byliś my począ tkowo „zaprzysię ż onymi przyjació ł mi”, a „niewiarygodne” okresowo odwiedzaliś my nas wcześ niej, wię c jesteś my zaznajomieni. Ale nadal jestem im bardzo wdzię czny za pokazanie mi nieznanego mi dotą d wewnę trznego Krymu i znoszenie mojego nieznoś nego charakteru najlepiej jak potrafią . Nawiasem mó wią c, palec Katyi zagoił się , pomimo moich prognoz. I wró cił am z wę dró wki bardzo zadowolona z siebie. Zgadzam się , wcale nieź le jak na czterdziestolatkę z kucykiem (to znaczy nie ja z kucykiem, ale w moim wieku). Okazuje się , ż e na poś ladkach wcią ż są jagody! Ale już nie piję alkoholu. Jednak każ dy napó j ma swoje miejsce i czas, a to, co nadaje się na super ekstremalny „odpoczynek”, nie nadaje się do ż adnego innego.

Tłumaczone automatycznie z języka rosyjskiego. Zobacz oryginał
Aby dodać lub usunąć zdjęcia w relacji, przejdź do album z tą historią
Севастополь
Севастополь
Трасса Ялта-Севастополь
Заколдованный лес
На краю плато
Первомайская демонстрация
Дикие пионы и муштарики
Плато
Сон-трава
На плато
На плато Ай-Петри. Ручки надвигаются
Начало речки, текущей по дну Большого каньона
Одна из ванн молодости
Большой каньон
Большой каньон
Большой каньон. Вид снизу
Большой каньон
Большой каньон
Большой каньон. Вид сверху
Храм Духа возле Большого каньона
Руины храма Христа Спаcителя
Природа просыпается
Мой рюкзачок
Монастырь см. Луки
Монастырь св. Луки
Podobne historie
Uwagi (13) zostaw komentarz
Pokaż inne komentarze …
awatara