Wielki spacer
Dzieciń stwo i mł odoś ć ukształ tował y się w taki sposó b, ż e nigdy nie brał em udział u w prawdziwej kampanii. Nawet nie podejrzewał em, ż e istnieje ró wnoległ y ś wiat, w któ rym ludzie są odcią gani w zupeł nie inny sposó b niż ja i moje ś rodowisko są przyzwyczajeni. Ale w wieku trzydziestu lat mó j krą g przyjació ł radykalnie się zmienił . Moi nowi znajomi cał ą mł odoś ć spę dzili w gó rach, wę drowali lub jeź dzili na nartach. Jazdę opanował em doś ć szybko, dzię ki ż elaznej woli i niechę ci mojej ukochanej do zadzierania ze mną przez dł ugi czas, jednak to osobna historia.
Ale wyjazdy się nie udał y. Każ dy już dojrzał , zaroś nię ty tł uszczem i innymi owrzodzeniami i wyrzucił z gł owy ten mł odzień czy kaprys. Nie, my oczywiś cie pojechaliś my na Krym z namiotami. Ale, jak się pó ź niej dowiedział em, nie był o to cał kiem w porzą dku, a ś ciś lej nie był o wcale. A w 2011 roku jeden z naszych wielkich (pod każ dym wzglę dem) znajomych postanowił wstrzą sną ć dawnymi czasami i zorganizować wycieczkę na Krym. Dowiedziawszy się o tym, zjadł em cał ą ł ysinę kochanie i nadal zarezerwowaliś my swoje miejsca w szeregach nienormalnych entuzjastó w.
Przyjaciel (nazwijmy go Wasia) i jego dama serca (nazwijmy ją Katią ) byli w peł ni zaangaż owani w przygotowania do kampanii. Kupowanie biletó w kolejowych, jedzenia, alkoholu, gotowanie suszonego mię sa i boczku wedł ug specjalnej receptury – to wszystko nie obchodził o nas wcale. Wł aś nie przekazaliś my jakieś ś mieszne pienią dze - 600-700 hrywien na osobę i tuż przed wyjazdem wzię liś my swoją czę ś ć prowiantu na pakowanie do plecakó w. Mó wiono, ż e przedmioty osobiste został y ograniczone do minimum. Có ż , wzię liś my. . .
A w pogodny kwietniowy dzień , dokł adnie w wigilię Wielkanocy, w towarzystwie 15 osó b obojga pł ci zjechał yś my na spadochronie z pocią gu w Bakczysaraju. Opró cz Wasyi i Katii ludzie byli nam zupeł nie nieznani, jedna poł owa (w tym nasza para) był a w naszym wieku (daj lub bierz), a druga - mł odzi ludzie, studenci i trochę starsi (i ską d ich wzią ł ? ). Po dotarciu do pał acu chana ludzie jak szaleni urzą dzili sobie dł ugą sesję zdję ciową (jacy dzikusy nie widzieli pał acu? ). Wszyscy przeczytaliś cie historię o niefortunnym wyborze towarzysza podró ż y w Sharm el-Sheikh. Tak wię c od samego począ tku wszyscy zaczę li mnie denerwować - zaró wno starzy znajomi, jak i nowi. Moż e jednak z gł odu. To był ostatni dzień postu, a co ja i moja droga tego dnia jedliś my i czy w ogó le jedliś my, nie pamię tam wprost. Reszta ludzi nie zawracał a sobie gł owy takimi drobiazgami. A moż e w duż ej mierze przyczynił a się do tego moja irytacja, choć najmniejszy w naszej grupie, ale wcale nie lekki (15 kilogramó w w ten sposó b) plecak, któ ry obcią ż ał moje kruche ramiona. Ale jak to mó wią , wzią ł holownik… no wiesz.
Biegł em przez pię ć sekund do Klasztoru Jaskini Wniebowzię cia - ś wią tynia jest peł na ludzi, jest naboż eń stwo. Reszta grupy ma kolejną sesję zdję ciową . Idziemy dalej - zatrzymaliś my się pod murami Chufut-Kale. W ogó le, moim niedoś wiadczonym zdaniem, zbyt czę sto aranż owano postoje. Ponieważ ja, z moim mał ym plecakiem, był em szybszy niż wszyscy inni, nie mogł em powstrzymać się od irytacji ś limaczym tempem innych. Szlak przechodził przez ogromny staroż ytny cmentarz karaimski. Ponure miejsce, nawet nie zrobił em zdję cia, ale starał em się prześ lizgną ć przez nie jak najszybciej.
Dzień dobiegał koń ca i do naszego pierwszego obozu dotarliś my z widokiem na wioskę Bashtanovka. Na malowniczej ł ą ce znajduje się kilka grup turystycznych. Rozbiliś my też nasz obó z. Namioty zabrano na cztery, ale perspektywa spania z innymi nie inspirował a nas. Bohaterskie chrapanie Vaski mogł a znieś ć tylko Katia. Wedł ug niej, on (w sensie chrapania) usypiał ją . Katya, szczę ś liwa kobieta, ma dla kobiety rzadki dar do spania o każ dej porze dnia w niewygodnej pozycji. Niestety natura odebrał a mi takie szczę ś cie. A ż ycie z nieznajomymi w ogó le jest też jakoś nie w porzą dku. Dlatego dostaliś my sobie osobny (podobno podwó jny) namiot.
Po zakoń czeniu budowy domu, podczas gdy obsł uga przygotowywał a obiad, moja droga i ja postanowiliś my pojechać do wioski po wino. A jeś li nauczył em się już nie jeś ć , to nie pić na wakacjach przekracza moje sił y. Bez plecakó w jest tak dobrze, ż e prawie przeskakują c wskoczył em do wioski. Tubylcy już przerywali post z mocą i daniem, pieczą c kebaby i inne zniewagi (choć prawdopodobnie byli muzuł manami). Znalazł em sklep. Kupiliś my wina produkowane przez lokalną winnicę za absolutnie ś mieszne pienią dze. Koniak z Bakczysaraju czasami moż na znaleź ć w naszych sklepach, ale wina nie widział em. Rozmawialiś my z wł aś cicielem sklepu. Na poż egnaniu ostrzegł nas: „Uważ aj na swoje rzeczy, tutaj kradną ”. Wracają c do obozu, opowiedzieliś my wszystkim o niebezpieczeń stwie czyhają cym na turystó w, zjedliś my obiad, napiliś my się i wcią gają c plecaki do namiotu, zaczę liś my szykować się do spania. Mieszkają c latem na wybrzeż u zawsze zabieramy ze sobą duż y dmuchany materac, na któ rym spanie jest prawdziwą przyjemnoś cią . Jest jednak doś ć cię ż ki, wię c nie zabraliś my go na tę wyprawę i rozł oż yliś my tylko karimaty, któ re potocznie nazywane są piankami. Dodatkowo w naszym letnim wyposaż eniu znajdują się dwa ś piwory, któ re moż na ze sobą spią ć , otrzymują c w ten sposó b ś piwó r dla dwojga. Wzię liś my te same ś piwory, nie myś lą c, ż e to w rzeczywistoś ci letnie. A jeś li w dzień był o wystarczają co ciepł o, to wieczorem zrobił o się znacznie chł odniej. Ale najpierw rozgrzał nas ogień , a potem wino. Dlatego bez wahania rozebrał am się i wspię ł am do torby. Podrzucają c się i obracają c przez jakiś czas na twardej poś cieli, z ż alem zagnieź dził y się na pó ł , a po rozgrzaniu zasnę ł y.
W ś rodku nocy obudził y nas dzikie krzyki, mat-remat i bieganie po namiocie. Jak się okazał o, czę ś ć plecakó w nie zmieś cił a się w namiotach, wię c ludzie postanowili zaaranż ować zegarek. Ale nasz dyż urny hiperkomunikatywny lider znudził się i dosł ownie na 15 minut (wedł ug niego) poszedł do pobliskiego ognia, aby porozmawiać . W efekcie wyszł y dwa plecaki należ ą ce do mł odych dziewczą t. Jeden z nich to zero, mucha nie usiadł a, kochanie. Có ż , coś był o w plecakach. Z tego co pamię tam - dwa paszporty, telefon komó rkowy (dwa), buty trekkingowe (nowe drogie), apteczka publiczna. Có ż , trochę ubrań , bielizny, podstawowych artykuł ó w damskich i trochę produktó w.
Wasisualy rzucił się po polanie i wrzasną ł jak ranny ł oś . Niemal sprowokował konflikt mię dzynarodowy, wpadają c na grupę moł dawskich turystó w, któ rzy przebywali w pobliż u. Potem z kilkoma chł opcami pobiegł gdzieś w ciemnoś ć . Po co biec, szukaj wiatru w polu! W koń cu ostrzegali, ż ebyś spojrzał w obie strony. Pó ź niej powiedziano nam, ż e w krę gach turystycznych ta wieś Bashtanovka nazywa się nie tylko Beshtanovka, ponieważ ani jeden turysta nie zgubił tam spodni i nie tylko.
Kró tko mó wią c, nikt nie zasną ł do rana. Pró bowaliś my naprawdę , ale był o strasznie zimno, a nasze ś piwory, jak się okazał o, nie był y przystosowane do zerowych temperatur. Musiał em zał oż yć wszystko, co był o, w tym kurtki puchowe, ale nawet to wydawał o nam się niewystarczają ce. Wycią gnę li z ognia gorą cy bruk i owinę li go rę cznikiem. Wcią gnę li go do namiotu. Zrobił o się trochę cieplej, ale potem rę cznik okazał się beznadziejnie uszkodzony – przepalił się .
Nadszedł poranek. Ale wojna to wojna, a lunch jest zgodnie z planem. Tak wię c obsł uga przygotował a ś niadanie, a my w koń cu zjedliś my szybki posił ek ze wszystkimi innymi. A Chapai usiadł , ż eby pomyś leć , co dalej. Jego myś li trwał y do poł udnia, kiedy powinniś my byli już przebyć pó ł dnia marszu. Aby lepiej pomyś leć , nał adował am się napojem energetycznym (w pewnym sensie alkoholem). Jestem już zmę czony wariowaniem (i nie tylko ja). Po spakowaniu plecakó w i porzuceniu wszystkiego, co się dział o, dobrze się bawili grają c w tryktrak kempingowy. Do poł udnia zapadł a trudna decyzja o przejś ciu dalej. Zrabowane dziewczyny mimo wszystko nie był y temu przeciwne. I wtedy zaczę ł o się wielkie zgromadzenie. Jak się okazał o, nasi przywó dcy, każ ą c nam zabrać minimum rzeczy osobistych, sami zebrali tyle ś mieci - kilka zapasowych spodni, bluzek, trampek. Kró tko mó wią c, przystojny. Moja droga i ja mieliś my ze sobą tylko zapasową bieliznę i czystą koszulkę . Ale mieliś my też mniejsze plecaki.
Generalnie, po spę dzeniu co najmniej kolejnej godziny na pakowaniu, nasza przyczepa w koń cu ruszył a. Rozgrzana Wasia ledwo się czoł gał a, a ja, rozbrykany jak w wigilię , i dziewczyny, już nie obcią ż one dodatkowym ł adunkiem, rzucił em się do przodu. Ale nie znaliś my drogi. Po dojś ciu do kolejnego rozwidlenia musiał em się zatrzymać i poczekać na nieszczę snego lidera z mapą . W efekcie chybiliś my i skrę ciliś my gdzieś ź le, weszliś my w zł y wą wó z i niespodziewanie natknę liś my się na ruiny staroż ytnej ś wią tyni architektury bizantyjskiej, któ ra okazał a się klasztorem ś w. Ł ukasz. Czekają c na maruderó w z grupy, poprosił em nowicjusza, aby zabrał mnie do studni. Po drodze trochę pogadaliś my. Taki ciekawy dzieciak, nie z tego ś wiata. Mó wi: „Teraz czuję taką dobroć ! ” Ja, grzesznik, myś lę sobie: „Prawdopodobnie w koń cu zjadł em coś smacznego”. Nie. Wtedy zdał em sobie sprawę , ż e wcale nie chodził o o jedzenie. Po prostu czł owiek moż e po prostu cieszyć się jasnymi wakacjami. A ja, zł y chrześ cijanin, niestety niczego takiego nie doś wiadczył em.
Zrobiwszy objazd, nadal poszliś my na ś cież kę , któ rej potrzebowaliś my. Przechodzą c przez jaką ś wioskę , zapytali babcię , gdzie jest sklep. Wskazał a nam jeden z domó w. Przychodzimy. Badamy. Nic nie wskazuje na to, ż e jest tu sklep. Pukamy. Mę ż czyzna wyszedł . „I powiedzieli nam, ż e jest tu sklep”. "Kto powiedział ? " – Tak, jakaś babcia. "Dobrze, wejdź . " Idziemy. To wł aś ciwie sklep na korytarzu. Zasię g jest jednak niewielki. Gł odne dzieciaki kupił y sobie garś ć snickersó w, ale my potrzebowaliś my zupeł nie innego rodzaju chleba. Co prawda nie znaleź liś my tam nic ciekawego, musieliś my kupić tetrapack jakiegoś gó wna na obiad.
Robił o się już ciemno, kiedy w koń cu znaleź liś my odpowiedni parking. Parking musi speł niać trzy kryteria: obecnoś ć mniej lub bardziej pł askiej powierzchni wystarczają cej do ustawienia wymaganej liczby namiotó w, obecnoś ć ogniska i odległ oś ć do ź ró dł a wody. Obó z ten, podobnie jak poprzedni, był podobno czę sto odwiedzany i zasiedlany. Nastę pnego ranka po ś niadaniu Wasia, dają c nam 15 minut na przygotowanie, w tym czasie on sam, essno, nie spotkał się . Wę drował dalej. Ponieważ ostatecznym celem naszej podró ż y miał być Sewastopol, musieliś my przenieś ć się gdzieś na poł udnie - poł udniowy zachó d. I moja droga, któ ra wcale nie był a zrobiona palcem, kiedyś też prowadził a grupy na Kaukazie, zauważ ył a, ż e jedziemy na wschó d. Zaczą ł się spierać z naszą Susanin. Zaaranż owali nadzwyczajny postó j, rozł oż yli mapę , osą dzili i dł ugo wiosł owali. Wasia uparcie stawiał a opó r, ale i tak korygowaliś my trasę i pojechaliś my, jeś li nie w przeciwnym kierunku, to bardzo blisko. W rezultacie był już wieczó r, a my jeszcze nigdzie nie dotarliś my i oczywiś cie grupa zaczę ł a się denerwować . A potem Wasia, skrę cają c ze ś cież ki do lasu, znalazł a coś w rodzaju parkingu i oznajmił a, ż e tu nocujemy. To był rzeczywiś cie parking, tylko ż e przez dł ugi czas nikt z niego nie korzystał . W odwecie za to, ż e się z nim pokł ó ciliś my, podważ ają c w ten sposó b (jak są dził ) jego autorytet, Wasia wyznaczył a nas na sł uż bę . Ale wzię liś my to za bł ogosł awień stwo, w koń cu przyszł a kolej na zaopatrzenie z naszych plecakó w, a my nawet nie mieliś my nic przeciwko zmniejszaniu cię ż aru. Poza tym nadal musimy czasem dyż urować . Rozpalili ognisko, ugotowali kaszę gryczaną z gulaszem, a ja zaczą ł em rozdawać racje ż ywnoś ciowe. Wylał em to z serca, potem patrzę , coś mi nie wystarcza, moż e nie wystarczy. Odebrał em miski, ograniczył em trochę racji. Wyglą da na to, ż e wszyscy mieli doś ć , wszyscy jedli. Najtrudniejszą czę ś cią był o mycie kotł a. Có ż , tę misję przeją ł mę ż czyzna.
Nastę pnego dnia do poł udnia dotarliś my do doś ć duż ej wsi Bogatyr u podnó ż a Ł ysai. Był o kilka sklepó w ze stosunkowo przyzwoitym asortymentem, w któ rych pechowe dziewczyny mogł y zaopatrzyć się w niezbę dne artykuł y, a takż e uzupeł nić zapasy ż ywnoś ci. Znaleź liś my prowizoryczny stó ł jadalny z wielkiej kł ody z ł awkami i usiedliś my na przeką skę . Patrzę , Vasek i jego towarzysze (2 jeszcze przystojnych mę ż czyzn) kupili sobie piwo. Czy nie jesteś cie idiotami? Dzisiaj mieliś my kolejną poł owę drogi i to nie w linii prostej, ale na wzgó rzu o wysokoś ci okoł o 1 keme. Zgodnie z oczekiwaniami, dzię ki pijanej tró jcy, tempo cał kowicie zwolnił o, a przerwy się wydł uż ył y. Robił o się ciemno. . . A na samą gó rę , gdzie miał być rzekomy parking, wcią ż był o jak skorupiaki przed Kijowem. Pozwalają c dziewczynom bez plecakó w nieś ć mó j bagaż , pobiegł em lekko pod gó rę w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca. A nie jest i nie jest. Teraz platforma jest za mał a, wtedy strumień jest doś ć cienki. Był em już cał kowicie zdesperowany, ale po sporym spacerze w koń cu zobaczył em to, czego szukał em. Szybko zbiegł a na dó ł , by zadowolić innych. Niektó rzy z chł opakó w pró bowali już rozbijać namioty na tych stronach, któ re odrzucił em. A Tró jca Ś wię ta jeszcze nawet do tego miejsca nie doczoł gał a. Zabrawszy dziewczynom plecak, zaprowadził em firmę na parking, któ ry znalazł em. Wszyscy to lubili. Namioty został y ustawione w ciemnoś ci.
W sumie był to fajny dzień . Ale jak się okazał o, zabawa na tym się nie skoń czył a. Miniony dzień okazał się upalny, a plecak cał kiem nieź le się rozgrzał , wię c zał oż ył em koszulkę , a nawet popijał em wodę ze strumienia. Po rozbiciu namiotu i zrelaksowaniu się poczuł em, ż e boli mnie przeł knię cie. Witam, przyjechaliś my! W takiej sytuacji w domu zawsze ratował mnie tylko lugol w glicerynie. Jeś li nie posmaruję gardł a przy pierwszych objawach, to wszystko, khana, temperatura ze wszystkimi konsekwencjami. Lugola, podobnie jak innych farmaceutykó w, my z racji swojej zwykł ej niechlujnoś ci nie wzię liś my, a apteczkę publiczną , jak pamię tacie, zostawiliś my z plecakami. A co z robotami jogi? Był y tylko dwie opcje - wró cić do wioski, gdzie zobaczył em regularny autobus do Bakczysaraju i wró cić do domu. Albo zaryzykuj i idź dalej. Ale tutaj, jak mó wią , nie był o punktu odwrotu. Dalej w trakcie osiedli już nie bę dzie. Rozsą dnie uznają c, ż e poranek jest mą drzejszy niż wieczó r, odł oż ył a decyzję na jutro. W mię dzyczasie jednak coś został o zrobione. Nalał a ciepł ej wody z solą i pł ukał a gardł o, aż cał kowicie przestraszył a się . Ponadto jedna z dziewczyn cudem znalazł a kilka tabletek septefril, któ rych uż ył am zgodnie z zaleceniami.
W tym samym czasie Katia zaczę ł a wyrywać mu gwó ź dź na palcu. Ostatnio te same ś mieci skoń czył y mi się bardzo ź le – musiał em zerwać paznokieć , bo nic innego mi nie pomogł o. Ktoś poradził Katii, aby przymocował a do paznokcia upieczoną cebulę . Był em bardzo sceptyczny, ale ona nie miał a wyboru.
Rano, kiedy wszyscy nadę li, zaskakują co ś wież a i wesoł a Wasia zdoł ał a wjechać na gó rę . Okazuje się , ż e nie dotarliś my do szczytu. I są ruiny katedry Chrystusa Zbawiciela. Trochę opadł o mi gardł o, temperatura w nocy jakimś cudem nie wzrosł a, powtó rzył am pł ukanie i postanowił am ze wszystkimi iś ć dalej. Dotarliś my do ruin - có ż , absolutnie ruin. Już w domu znalazł em informacje o nich w Internecie. Okazuje się , ż e to bardzo szczegó lne miejsce, pojawiał y się tam ró ż ne usterki - siwobrody starcy i tak dalej. I generalnie nie każ dy moż e dostać się w to miejsce. Có ż , oto jesteś my.
Dalej nasza droga prowadził a do masywu Bojkó w i począ tku Wielkiego Kanionu. To doś ć dobrze znane miejsce w krę gach turystycznych, wię c spotkaliś my jeszcze kilka grup. Na jednym z postojó w jeden z naszych chł opcó w, biedak, był już tak gł odny, ż e nę kał wszystkich, ż eby mu przynajmniej coś dali. Ktoś mu zasugerował : „Czy bę dziesz miał ł uk? ” "Chodź my! ". I oszukał tę cebulę jak jabł ko. Ś mialiś my się tak mocno!
Doszliś my do parkingu w pię knym miejscu w pobliż u rzeki pł yną cej dnem Wielkiego Kanionu. Tutaj miał się umó wić dzień . Kolacja został a przygotowana wspó lnie przez wszystkich. Ponieważ z owocó w mieliś my tylko cebulę i czosnek, brakował o już witamin. Przypomniał em sobie, ż e pokrzywy i mlecze są doś ć jadalne i szalenie zdrowe. Na polanie nie brakował o pokrzyw, ale z jakiegoś powodu mę czył mnie mlecze. Katya biegał a po cał ej okolicy, zbierają c bukiet. Ponieważ nie był o z czego ugotować sał atki, dodaliś my tę kiszonkę do gulaszu. Poszedł em na „na zdrowie”. Do tego dnia do obiadu uż ywaliś my wina kupionego w osadach. Teraz nie był o mieszkania, a tym bardziej sklepu w pobliż u. I wszyscy operatorzy nie mieli poł ą czenia. Ukoń cz grę . Dlatego Wasilij dał każ demu alkohol kalkomanii. Wcześ niej nie pró bował em tego arystokratycznego napoju. Jak się okazał o, na pró ż no. To rzecz, powiem ci! Szczegó lnie z dodatkiem skó rek z cytryny! Mmm. Wó dka nerwowo pali. Po prostu pij w bardzo mał ych dawkach. Vaska miał a specjalne maleń kie ż elazne okulary. Ponieważ rano nie był o potrzeby nigdzie się spieszyć , pozwolili sobie na ś piewanie piosenek przy ognisku. A brak gitary nam nie przeszkadzał .
Rano, zostawiają c Wasię do pilnowania obozu, wszyscy rozeszli się we wszystkich kierunkach. Dziewczyny w towarzystwie kilku chł opakó w udał y się do wioski. Sokó ł na policję , aby napisać oś wiadczenie o kradzież y. Ktoś zszedł w dó ł rzeki, a my poszliś my popatrzeć na Wielki Kanion z gó ry. Byliś my kiedyś na wycieczce o tej samej nazwie, pł ywaliś my tam w wannie mł odzież y, ale oni (wycieczki) są prowadzone z przeciwnej strony kanionu. Ale tutaj miejsca są znacznie bardziej dzikie i oczywiś cie o wiele pię kniejsze niż przykł ad. Gdzieś w dole sł ychać był o krzyki wspinaczy. Natknę liś my się na strukturę kamieni uł oż onych w spiralę . Kilka lat pó ź niej podobne zjawisko spotkaliś my w gó rach nad Sudakiem, tylko tam był o bardziej zadbane. Na umieszczonym w pobliż u znaku napisano, ż e miejsce to nazywa się Ś wią tynią Ducha oraz szczegó ł owe instrukcje, jak się zachowywać . A obok znajduje się kolejna konstrukcja, oznaczona jako „Siedmiopoziomowy Labirynt”. Ale to był o pó ź niej. A potem, po Wielkim Kanionie, ostroż nie spacerowaliś my po tym miejscu i nic nie robiliś my.
Po zrobieniu wystarczają cej iloś ci zdję ć wró ciliś my do obozu. Tam Wasek i Michał ych niszczyli zapasy alkoholu. Có ż , my też do nich doł ą czyliś my. Ale ten pasoż yt nie dał nam wiele, twierdzą c, ż e to jego osobisty alkohol. A przed wyjazdem powiedział nam, ż e nie musimy niczego wię cej zabierać ze sobą i to wystarczy. Dobra, bą dź my zdrowsi. Resztę dnia spę dziliś my w bł ogim bezczynnoś ci, opalają c się i grają c w tryktraka. Pod koniec dnia Wasyok zał adował się do kwiku ś wini, zaczą ł brzę czeć , a Katia, korzystają c z dogodnego momentu, ukradł a mu bakł aż ana i nie mogł a wymyś lić nic lepszego niż ukrycie go w naszym namiot (hee hee, kapustę powierzył a kozom). Ale my jednak nie staliś my się bezczelni i tylko trochę przyję liś my komunię , aby lepiej spać .
Nastę pnego ranka nasz przewodnik był w takim stanie, ż e dla wszystkich stał o się jasne, ż e dzisiaj też nikt nigdzie się nie wybiera. I to muszę powiedzieć , zadowolony. Szkoda, ż e to pię kne miejsce. Tym razem postanowiliś my zbadać dno kanionu. Skaczą c z kamienia na kamień , wchodziliś my coraz gł ę biej w jego trzewia. W niektó rych miejscach nie dał o się przejś ć dnem bez zamoczenia stó p, trzeba był o wspinać się po zboczach i omijać nieprzejezdne tereny. Po drodze spotkaliś my bardzo duż o wanien i ł aź ni, cał kiem nadają cych się do ką pieli. I oczywiś cie zapominają c (dokł adniej o punktowaniu) mojego niedawno bolą cego gardł a, postanowił em się odmł odzić . W dobrym sensie powinienem był zanurkować na oś lep, ale perspektywa chodzenia z mokrymi wł osami teleportują cymi się po plecach nie był a dla mnie inspiracją . Dlatego wybrał em miejsce, w któ rym nie był o szczegó lnie gł ę boko. Skoczył - przykucną ł - wyskoczył . Co wię cej, temu towarzyszył pisk ś wini, ponieważ woda był a bardzo orzeź wiają ca. I tak trzy razy. Każ dy kolejny raz był ł atwiejszy. Najważ niejsze, ż eby nie przesadzić , aby nie odmł adzać się do wieku malucha (jak to się stał o z bohaterką staroż ytnej legendy tatarskiej). Pupsik uparcie nie chciał się odmł adzać , ale kł ó tnia ze mną to kompletna beznadziejnoś ć .
Po ubraniu kontynuowaliś my skakanie po kamieniach. Był em już zmę czony i chciał em wracać do bazy, ale za każ dym zakrę tem otwierał y się krajobrazy, jeden pię kniejszy od drugiego i moim paparazzi bardzo trudno był o się zatrzymać . Ale potem zaczę ł o dudnić nad gł ową i już nalegał em, aby wró cić , ponieważ opró cz wszystkich innych radoś ci perspektywa zł amania nó g o kamienie, któ re był y absolutnie gł adkie i mokre od deszczu, był a bardzo realna. I ogarnę ł a nas burza, a wł osy zmoczył y mi się , poś liznę liś my się kilka razy i zamoczyliś my nogi, ale byliś my już blisko obozu i jakoś dotarliś my do naszego namiotu. Tam czekał a nas kolejna niespodzianka. Ponieważ nie był o ś ladó w deszczu, okno w namiocie pozostawał o otwarte, a gdy lał o, nikt nie zadał sobie trudu, aby je zamkną ć , wię c w ś rodku utworzył a się kał uż a, któ rą trzeba był o wygrzebać . Vaska nie był do tego zdolny - poprawił swoje zdrowie z innego bakł aż ana. I nikt nie proponował wsparcia naszego zdrowia. Inna para wró cił a ze spaceru przemoczona do skó ry i nikt nie zamierzał ich leczyć . Na szczę ś cie zachowaliś my konfiskatę , któ rą się grzaliś my.
Ale odpoczynek nie moż e trwać wiecznie i musimy iś ć dalej. Obró ciwszy jeszcze nie do koń ca suchy obó z, ruszyliś my w gó rę rzeki, oddalają c się od kanionu i trzymają c się drogi na pł askowyż Ai-Petri. Rano był o doś ć pogodnie, ale kiedy w koń cu dotarliś my na pł askowyż , od tył u zaczę ł y nadcią gać ciemne chmury. Jak zwykle chciał em się gdzieś szybko dostać i rozbić namiot, zwł aszcza ż e groź ba deszczu był a bardzo realna. Ale wtedy Katia nie mogł a się doczekać wykopania kilku roś lin, aby dać . Oj mamo! Znalazł em czas! A na horyzoncie widać już tak upragnionych ż andylikó w Aj-Pietriń skiego. I wszyscy bardzo chcieli tam pojechać...No, prawie wszyscy. Nasz ż elazny Wasia powiedział , ż e idziemy w innym kierunku. Musiał em być posł uszny. I pojechaliś my prosto na zachó d. Chmury był y gdzieś z tył u, a deszcz, o dziwo, nie nadszedł . Ponieważ pł askowyż jest uważ any za rezerwat przyrody, wę druje po nim wielu leś nikó w, któ rzy tną ł upy. Dlatego Wasia zaprowadził nas do znanej mu skrytki, gdzie nie powinni nas znaleź ć . Znajdował się w mał ym zagł ę bieniu, otoczonym ze wszystkich stron grzbietem kamieni. I nadal nas nie znaleź li, chociaż w nocy gdzieś w pobliż u niejednokrotnie sł ychać był o ryk czterokoł owcó w Lesnikowa.
Rano szybko się zbierają c, dopó ki nas nie znaleź li, ruszyliś my dalej. Był to pierwszy maja. Pogoda był a po prostu wspaniał a. Dotarliś my do krawę dzi pł askowyż u gdzieś w pobliż u Simeiz. Ż adnego „ł ał ! ” nie moż e przekazać cał ej gamy rozkoszy, któ ra nas ogarnę ł a. Niesamowite pię kno! Mgł a wisiał a nad morzem. Jednak to, co Wam mó wię , wszystko moż ecie zobaczyć na zdję ciach. A ludzie byli! Prosta demonstracja pierwszomajowa! Ró ż ne osoby z plecakami poruszał y się w obie strony. Spotkaliś my nawet dwie starsze ciotki z dwoma jamnikami, a takż e mę ż czyznę , któ ry przedstawił się nam jako nauczyciel wychowania fizycznego w jednej ze szkó ł w Kramatorsku lub Yenakiewie, któ ry towarzyszył doś ć licznej grupie ucznió w. Bó g! Co za dobrzy ludzie! Z wielkim trudem znaleź liś my miejsce parkingowe, bo chę tnych był o co najmniej kilkanaś cie osó b. A potem dopadł nas leś niczy i chciał nam obcią ć.10 UAH. (150 UAH dla wszystkich) Ale Wasia poskarż ył się mu, ż e zostaliś my okradzeni, a nawet wrę czył zaś wiadczenie od mentora. Leś nik był zainspirowany i wzią ł minimalną grzywnę (nie pamię tam). To był a nasza ostatnia noc w spartań skich warunkach. Ale polana nie był a zbyt pł aska, a namiot Wasi okazał się niezbyt wygodnie rozstawiony, a cał a czwó rka czuł a się tam bardzo niewygodnie. I czoł gają c się do naszego namiotu, Wasia zobaczył a ś wiatł o: „Có ż , nieważ ne, masz namiot dwuosobowy, mamy ten sam, ale czteroosobowy! ” Dlatego postanowił umieś cić Katyę na naszym miejscu. Dobrze, ż e do nas nie doł ą czył ! Jedna noc moż e być tolerowana.
Rano mieliś my ostatni mał y forsowny marsz i pó ź niejszy zejś cie po tzw. „Diabelskich Schodach”. Droga schodził a w dó ł i weszliś my w pas mgł y. Dotarliś my do tej wł aś nie „klatki schodowej”. Có ż , bez plecaka jakoś bym sobie z tym poradził a. I tak...Ogó lnie doś wiadczeni wspinacze (Waś ka, Michał ych i pupsik) musieli opuszczać cał ą resztę prawie na rę kach. Oryginalna trasa zakł adał a inne, ł atwiejsze zejś cie w inne miejsce. Ale „nieprzewidziane” okolicznoś ci dokonał y zmian. Ale kiedyś wszystko się koń czy, a stado jeż y we mgle bezpiecznie dotarł o do autostrady Jał ta-Sewastopol. W przydroż nych krzakach zaczę li przybierać boską formę . A potem narodził y się dż insy, eleganckie T-shirty, ktokolwiek jest w czym. Có ż , ograniczyliś my się do przebierania się tylko w ś wież e koszulki. Có ż , na taką okazję trzeba był o uszyć jeansy przez 10 dni! Wiele razy sł yszał em od znajomych jedną historyjkę turystyczną , jak jedna dziewczyna, któ ra nie chciał a chodzić na piesze wę dró wki, został a uwiedziona perspektywą spaceru wzdł uż nabrzeż a Soczi na koniec wycieczki. A ona, biedaczek, w tym celu cią gnę ł a do plecaka sandał y na wysokim obcasie przez cał ą drogę . Ale nie moż na był o przejś ć się nasypem, bo grupa bardzo spó ź nił a się na pocią g. Kró tko mó wią c, jesteś my z ukochaną , có ż , okradzione dziewczyny, jak był y w dresach, pozostał y takie same. I zaczę liś my gł osować . I nikt nie chce na nas zarabiać ! Przelatują i to wszystko. Po spę dzeniu ponad godziny, z wielkim trudem, na kilku imprezach, udał o nam się jeszcze wyjechać do Sewastopola.
Ponieważ znaleź liś my się w pierwszej grupie szczę ś liwcó w, w oczekiwaniu na resztę postanowiliś my nie tracić czasu i już zaczynamy ucztę dla brzucha. Usiedliś my w kawiarni dworcowej. Z chciwoś ci natychmiast zamó wili 200 gramó w „Bastardo” i lagmana. Nieco nietypowe poł ą czenie, ale zależ ał o nam na tym konkretnym winie i tym konkretnym daniu. Ż ycie stał o się lepsze. Reszta zatrzymał a się , a my oddaliś my plecaki do magazynu i popł ynę liś my na nabrzeż e, aby popł ywać ł ó dką . A przechowalnia bagaż u, przejś cie i ł ó dź był y nadal za publiczne pienią dze. Wydawaliś my tylko na osobiste napoje-jedzenie. Umó wiwszy się na ł ó dkę , poszliś my do supermarketu kupić coś smacznego do jazdy nie tylko w ten sposó b, ale z sensem. Przechodzą c przez larwy, moja droga i ja odkryliś my wino Massandra „Marsala”, któ rego wcześ niej nie widzieliś my. Z adnotacji jasno wynikał o, ż e był o to ulubione wino admirał a Nelsona. Dobra, spró bujmy, na co pozwolili sobie Nelsonowie. Jak się okazał o, admirał nie był gł upcem, nie mielibyś my też nic przeciwko zakochaniu się w nim. Ale nie los. Po wypiciu dwó ch butelek kupionych na ł odzi i powrocie do supermarketu po sł odycze w domu, byli bardzo zirytowani, ponieważ mieli do czynienia z brakiem tego nie tylko na ladzie, ale nawet w magazynie. I bez wzglę du na to, ile razy w kolejnych latach odwiedzaliś my markowy sklep Massandry, takiego wina już nie był o. Przeszukał em Internet w poszukiwaniu tej informacji, okazał o się , ż e ukazał a się dopiero za rok lub dwa. Podobno kupiliś my już resztki.
Do pocią gu był jeszcze czas, a ludzie rozeszli się we wszystkich kierunkach. Znowu udaliś my się na nasyp. A potem sł odki dogonił . Prawdopodobnie choroba morska na statku. Pospiesznie zabrał em go do czeburka i pró bował em go tuczyć i wypić jego kawę . Ale był o już za pó ź no. Dlatego, doszedł szy do ł awki na nasypie, nie mó gł już wstać , ale przeciwnie, poł oż ył się na moich kolanach i zdrzemną ł się . Prawdopodobnie przedstawiliś my oryginalny obraz, ale gliniarze na szczę ś cie nas nie zauważ yli. Siedzą c w ten sposó b przez okoł o godzinę , wcale się nie nudził em, bo duż o ludzi tuł ał o się , a ja bardzo lubię oglą dać , czasem takie uję cia natrafiają (w tym przypadku też byliś my takimi uję ciami), i moż esz bez koń ca patrzeć na morze. Ledwo wepchną wszy swojego alkoholika, zacią gnę ł a go na przystanek minibusa, po drodze udał o nam się jeszcze zrobić zdję cie. Pognaliś my na dworzec tuż przed odjazdem. Nasze plecaki został y już zał adowane, dzię ki przyjacioł om!
Pocią g ruszył , a ja poł oż ył em „ciał o” na pó ł ce i zaczą ł em komunikować się z kilkoma facetami z naszej grupy. Zapytał em o ich wraż enia z organizacji wyjazdu. „Tak, dobrze”, mó wią . Okazuje się , ż e wcześ niej byli na kampanii na Kaukazie z innym przywó dcą , wię c trzymał szalone tempo (druga skrajnoś ć ) i np. przeskakują c szczelinę na lodowcu, mó gł spokojnie jechać dalej bez patrzenia z powrotem na innych. Otó ż to.
Pocią g przyjechał do Symferopola. I tak bardzo kocham lokalną stację , ż e postanowił am wyjś ć na spacer. Zapytał em dyrygenta ile kosztuje nas? Odpowiedź wynosił a 20 minut. Wyszedł ze mną facet, któ ry tł ukł cebulę jak jabł ko. Po kró tkim spacerze postanowił em za ostatnie pienią dze kupić do domu coś z beczki. Kupił em, wychodzimy na peron i widzimy - o zgrozo! Pocią g już jedzie z mocą i gł ó wnym, choć nie minę ł o jeszcze blisko 20 minut. Podbiegliś my do pierwszego samochodu, któ ry się natkną ł em, wrzucił em do ś rodka butelkę (dobrze, ż e jest plastikowa) i po drodze wskoczył em do jednego auta, a facet był już w drugim. Teraz to jest adrenalina! Nie wyobraż am sobie nawet, jak mogł o się to potoczyć . Zero pienię dzy, telefon umarł już w 10 dni, chociaż kamera wideo był a wł aś nie tym, czego potrzebowaliś my - „Sami nie jesteś my lokalni, jesteś my w tyle za pocią giem...” A dziecko ś pi spokojnie.
Ale jest coś do zapamię tania. I mimo wszystko nie pokł ó ciliś my się z Wasią i Katią , a od czasu do czasu jesteś my przyjació ł mi. Chociaż Wasia przez jakiś czas był a uraż ona, ż e psujemy dyscyplinę i podważ amy jego autorytet. A z Katyą byliś my począ tkowo „zaprzysię ż onymi przyjació ł mi”, a „niewiarygodne” okresowo odwiedzaliś my nas wcześ niej, wię c jesteś my zaznajomieni. Ale nadal jestem im bardzo wdzię czny za pokazanie mi nieznanego mi dotą d wewnę trznego Krymu i znoszenie mojego nieznoś nego charakteru najlepiej jak potrafią . Nawiasem mó wią c, palec Katyi zagoił się , pomimo moich prognoz. I wró cił am z wę dró wki bardzo zadowolona z siebie. Zgadzam się , wcale nieź le jak na czterdziestolatkę z kucykiem (to znaczy nie ja z kucykiem, ale w moim wieku). Okazuje się , ż e na poś ladkach wcią ż są jagody! Ale już nie piję alkoholu. Jednak każ dy napó j ma swoje miejsce i czas, a to, co nadaje się na super ekstremalny „odpoczynek”, nie nadaje się do ż adnego innego.