Jeden dzień w Portsmouth: HMS Victory i wyścigi minibusów
Pojechaliś my do Portsmouth za namową mę ż a, bo. to tam na stał e poł oż ona jest lokalna Aurora, HMS Victory, na któ rej admirał Nelson walczył pod Trafalgarem i zginą ł .
Ogó lnie rzecz biorą c, nosi się je w bitwie pod Trafalgarem i Nelsonem, tak jak kiedyś byliś my z Rewolucją Paź dziernikową i Leninem. Gdziekolwiek szturchniesz, wszystkie „imię Nelsona” lub „Trafalgar Order of Nelson…”.
Do miasta dojechaliś my autobusem National Express. Czas podró ż y z London Victoria Station to 2 godziny 15 minut. Stacja koń cowa znajduje się po drugiej stronie ulicy od historycznych dokó w i aktywnej bazy marynarki wojennej. Moż esz spacerować po historycznym doku, ale wymagają one pienię dzy na wejś cie do każ dego statku i muzeum. Bilety sprzedawane są wedł ug dziwnego, naszym zdaniem, schematu. Istnieje bilet jednorazowy na jeden wybrany statek/muzeum w cenie 12 GBP. Za 18.5 funta moż na kupić bilet roczny, któ ry zawiera wszystkie atrakcje, ale do każ dej z nich moż na wejś ć tylko raz (nazwa atrakcji jest starannie skreś lona z biletu przy wejś ciu, ż eby nie daj Boż e nie wchodzić dwa razy ), a za 35 funtó w moż na kupić prawo do odwiedzania cał ego tego morskiego splendoru nieograniczoną liczbę razy w cią gu dwó ch lat. Dla obywateli brytyjskich zniż ka w wysokoś ci 1 funta. Ponieważ sami nie jesteś my lokalni, kupiliś my bilety na 18.50. Po przybyciu na jeden dzień fizycznie niemoż liwe jest zwiedzenie cał ej listy zabytkó w dostę pnych do zwiedzania - liczbę mnoż ymy przez minimalny wymagany czas oglą dania minus czas zamknię cia (zamykają się wcześ nie, o 1630) i otrzymujemy 3, maksymalnie 4 miejsca w pozostał ych.
Ponieważ jechaliś my dla Victory, postanowiliś my zaczą ć od niej. Na statku mogą przebywać tylko grupy, któ re rekrutują je przez okreś lony czas. W tym dniu pierwszy był o 1210. W grupie byli tylko Anglicy z dzieć mi, był o nas tylko dwó ch z obcokrajowcó w. Wyszł a mił a ciocia-przewodniczka w mundurze morskim ze zdję ciem statku, policzył a nas nad gł owami (wychodzą c przeliczył a ponownie, ż eby nikogo nie był o w ł adowniach) i poprowadził a nas po pokł adach. Niestety wewną trz statku fotografia jest surowo zabroniona, wię c zaufaj mi - jest super! Prawdziwy statek sprzed dwustu lat, nawet po renowacji, daje wystarczają ce poczucie, jak „wygodne” był o ż eglowanie w tamtych heroicznych czasach. Wysokoś ć pokł adó w baterii nie przekracza 165 cm, wycieczka trwa godzinę , pod koniec wysocy mę ż czyź ni, zmę czeni pochylaniem się , coraz czę ś ciej zaczę li uderzać gł ową o latarnie i belki poprzeczne. Do budowy jednego HMS Victory zuż yto 5500 dę bó w, nie liczą c drzew pomocniczych, a zbudowano setki takich statkó w w tamtej epoce - zrozumiał e jest, dlaczego trudno jest z lasem w Anglii i innymi potę gami morskimi.
Dalej nasza ś cież ka wiodł a w doku, w któ rym znajduje się Mary Rose. Ten statek został zbudowany w epoce Henry'ego Tudora, ale zatoną ł , gdy tylko po raz pierwszy opuś cił molo. „Dzię ki” sieciom przeciwuderzeniowym cał a druż yna zatonę ł a wraz z nieszczę snym statkiem. Został wydobyty przez nurkó w z dna zatoki, gdzie leż ał spokojnie przez prawie 400 lat, w 1982 roku, a obecnie znajduje się w szczelnie zamknię tym szklanym pudeł ku, gdzie jest impregnowany specjalną masą , aby zapobiec dalszemu zniszczeniu. Koszt takiej obró bki to okoł o 250 tysię cy funtó w brytyjskich rocznie, muzeum aktywnie poszukuje sponsoró w, któ rzy chcą pomó c. Te same szczą tki okrę tu (nieco ponad poł owa kadł uba, podczas tragedii rozpadł się wzdł uż stę pki) moż na oglą dać w pó ł mroku przez gę stą mgł ę i obfite strumienie polimeru rozpylone na wierzchu. Odnosi się wraż enie, ż e statek stoi przy molo podczas ciepł ej nocnej ulewy. Obiecują zakoń czyć do 2010 roku.
Kolejnym punktem naszego programu był o Kró lewskie Muzeum Morskie. Tutaj znowu wszystko poś wię cone jest Zwycię stwu – wyeksponowana jest osobista broń uczestnikó w tej bitwy, ich rzeczy osobiste, rozkazy itp. , makieta okrę tu jest przedstawiona we wszystkich moż liwych ką tach. Na drugim pię trze muzeum znajdują się autentyczne rostra i figuranty z ró ż nych znanych i nieznanych statkó w. Kilka minut pó ź niej zaczę ł o się doś wiadczenie - mini reality show oparty na bitwie. Przechodzą c przez pakiet pokoi, oglą daliś my slajdy o bitwie, odwiedzaliś my niesamowicie autentyczną akumulatorownię z woskowymi figurami marynarzy w ogniu bitwy oraz dudnią cymi i poruszają cymi się armatami, widzieliś my panoramę bitwy. Pokaz trwa 20 minut.
Jako ostatni odwiedził HMS Warrior 1860. Statek ten stoi przy samym wejś ciu do dokó w, jedyny prezentowany w mokrym doku i bardzo mocno odrestaurowany (plastikowe dział a, metalowe kable itp. ). Tutaj, w przeciwień stwie do HMS Victory, moż esz zrobić prawie wszystko - robić zdję cia, dotykać , krę cić kierownicą , jeś li masz doś ć sił y (skł ada się ona z kilku kó ł o ś rednicy ponad 2 metry). W maszynowni ponure oś wietlenie i gra gł osowa, imitują ca pracę maszyn i mechaniki, powoduje instynktowną chę ć ucieczki na gó rne, lż ejsze pokł ady.
Po wizycie w dokach zgł odnieliś my i bez zbę dnych ceregieli weszliś my do pierwszej tawerny, któ ra natknę ł a się mię dzy dokiem a dworcem autobusowym. Ceny był y mile zadowolone z umiarem. Po otrzymaniu zamó wienia byliś my cicho oszoł omieni - nigdy nie widzieliś my tak duż ych porcji! A kiedy pró bowali, rozumieli - i nie jedli. Banalna ryba z frytkami w wykonaniu miejscowego szefa kuchni okazał a się ogromnym kawał kiem najś wież szego, najdelikatniejszego fileta rozpł ywają cego się na ję zyku w pysznym cieś cie, nie do pochwał y też jest ogromna krewetka w sosie czosnkowym. Podobna jakoś ć owocó w morza jest moż liwa tylko w bezpoś rednim są siedztwie ł owisk. Albo obcokrajowcy odwiedzają Portsmouth rzadko, albo obsł uga na prowincji jest po prostu ustawiona na innym poziomie, nieosią galnym w stolicach, ale kilka minut po obsł udze podeszł a do nas barmanka i zapytał a, czy smakował o nam jedzenie i czy był o wszelkie dodatkowe ż yczenia. Zapewniają c ją , ż e wszystko jest w porzą dku, dalej smakował a bł ogoś ć . Dziewczyna podeszł a do starszych ludzi przy są siednim stoliku, wyprostował a rolety, ż eby sł oń ce nie uderzył o dziadka w oczy. Po chwili z kuchni wyszedł kucharz. Na zmianę chodził a wokó ł stoł ó w, przy któ rych serwowano jej prace, i był a zainteresowana reakcją . Jej mą ż rozpromienił ją szczę ś ciem, mó wią c jej nienajlepszą angielszczyzną , ż e to najsmaczniejszy obiad, jaki zjadł podczas pobytu na brytyjskiej ziemi. I to prawda!
Po obiedzie udaliś my się do autobusu do Londynu. Podczas naszych podró ż y po Europie przyzwyczailiś my się , ż e czas wskazany w harmonogramie jest zawsze przestrzegany. Jednak o okreś lonej godzinie nie był o autobusu. Martwiliś my się - moż e tam nie stoimy? Kilka innych osó b czekał o na ten autobus na dworcu i wszyscy się o nas martwili. Autobus przyjechał spó ź niony 7 minut. Usiedliś my za kierowcą i przygotowaliś my się do drzemki w drodze do cichego mamrotania nawigatora „skrę ć w prawo, jedź prosto”. Nie był o go tam! Szybko okazał o się , ż e nawigator kł amał , a sam kierowca (wyraź ny Sł owianin, prawdopodobnie z był ej Jugosł awii lub Polski) nie znał drogi! My jako goś cie nic nie rozumieliś my, ale dosł ownie po 5 minutach dwó ch studentó w, któ rzy wyglą dali, jakby podbiegli do kierowcy ze sł owami „doką d nas zabierasz, Susanin? Londyn na drugą stronę ! Przewoź nik poł oż ył mapę na kierownicy i zaczą ł bł ą dzić . Na nasz nastę pny przystanek spó ź niliś my się.40 minut. Kierowca, zdają c sobie sprawę , ż e jest poza harmonogramem i wpada w kł opoty, zgodnie z najlepszymi tradycjami rosyjskiej szkoł y jazdy, pogardzał wszystkimi zasadami. I zaczą ł się show, któ ry widzimy na co dzień w drodze do pracy, ale któ ry jest rzadką ekstremum dla Brytyjczykó w. Skrę caliś my przez zabronione pasy, jechaliś my czerwonymi i nadjeż dż ają cymi pasami, jechaliś my wzdł uż szybkiego pasa, trą bią c i migają c reflektorami, usuwają c z drogi przyzwoite samochody itp. Moim zdaniem przekroczenie prę dkoś ci był o najbardziej nieszkodliwym z naruszeń . Przypomnę , ż e wyś cig odbył się dwupoziomowym autobusem mię dzymiastowym. Starsze Angielki naprzeciw nas zaciskał y się na siedzeniach, aż ich palce zbielał y, uczniowie radowali się . Wjeż dż ają c do Londynu, utknę liś my w korku w pobliż u mostu Chelsea. Nasz kierowca, jak normalny kierowca wahadł owca tadż yckiego, nie chciał utkną ć w korku. Cofają c się i odstraszają c sygnał ami samochodu osobowego, zawró cił w wą ską uliczkę , przeskoczył krawę ż niki, przewró cił jaką ś kolumnę i plują c na zakaz, skrę cił w przeciwnym kierunku. Przybyliś my do Victorii z drugiej strony z 30-minutowym opó ź nieniem i na peronie odlotó w zamiast przylotu (znajdują cego się w ró ż nych budynkach po drugiej stronie ulicy). Pasaż erowie wysiadali cicho i ostroż nie, nie wierzą c w swoje szczę ś cie – przybyli! Studenci poklepali nieszczę snego kierowcę po ramieniu i uciekli, a tylko jedna osoba odważ ył a się zapytać - nie są dzisz towarzyszu kierowcy, ż e to nie jest wł aś ciwa stacja? Na co kierowca machną ł rę ką i wszedł w rzę dy pustych autobusó w. To od takich drobiazgó w zwykle zaczyna się upadek imperió w - na począ tku spieprzyją w drobny sposó b.... .